czwartek, 19 lutego 2015

Wiosenny spacer

Choróbska, zdaje się, definitywnie poszły precz, ach, nareszcie! Traktujemy je zresztą... tlenem, wietrząc dom i siebie, ile się da. A pogoda ostatnio sprzyja.

Wiatr przewiał krakowski smog, a Kraków nie zdążył jeszcze wyprodukować nowego. Więc chodzimy sobie na spacerki, raz półgodzinne, innym razem nawet trzy razy dłuższe. Joasia, dziecko lata, nie lubi zimna i w związku  z tym jest najlepszym bioindykatorem spacerowej wiosny.  A kiedy zamiast kurtki może założyć ciepłą kamizelkę, a do niej półbuty zamiast ciężkawych zimowców, jest niemal wniebowzięta.























Dobrze rozumiem to wniebowzięcie, bo pamiętam, jak po zimie po raz pierwszy zamiast glanów zakładałam welurki czy inne trampki i czułam się lżejsza o dobrych parę kilo. Nogi same mnie niosły i miałam ochotę śpiewać.
I Joasia też tak ma.

Więc idziemy i nagle okazuje, się, że wcale nie trzeba zabawek, że świeże powietrze i słońce wyzwalają kreatywność i żeby było fajnie, wystarczy byle co, patyki, resztki śniegu i lodu, kałuże. Kałuże! Przypominają mi się czasy dzieciństwa, głęboka kałuża na środku podwórka, którą wujek W. ochrzcił pod wpływem lektury "W pustyni i w puszczy" oryginalną nazwą Wielkiej Strumyka. W tej kałuży bawiło się całe podwórko, mój śliczny renaulcik zgubił w niej przednie światło, musieliśmy przychodzić do domu mokrzy i brudni - inaczej się nie dało. I jakoś nie pamiętam, żeby ktoś robił z tego problem.

Może dlatego ja też mam nic przeciwko, kiedy moje dzieci chlapią i brudzą w kałuży i kiedy moczą rękawiczki roztapiającym się śniegiem. Od czegoś są zapasowe.





Kiedy wychodzi słońce, wszystko robi się prostsze. Nagle pojawia się przestrzeń, której do tej pory nie było albo było o wiele mniej, bo ginęła pod niskim szarym niebem, w smogowej mgle, w szarych porankach, południach i popołudniach. Słońce, wiatr, czyste powietrze. Rybitwy krążą za oknem. My krążymy po osiedlowych alejkach, których zupełnie nie odceniałam, dopóki nie zaczęłam mieć dzieci. Wcześniej spacer po osiedlu był jak marsz przez dżunglę, teraz znam już z połowę psów i doczepionych do smyczy właścicieli, pijaczków, którzy w rozwidleniu topoli chowają sobie plastikowe kieliszki do wódki, a czasami nawet i wódkę. Oni machają do moich dzieci, kłaniają się w pas ich matce, słońce prześwieca przez gołe jeszcze gałęzie topoli i rzuca nasze długie cienie na słony po zimie asfalt - mój spieszący się cień i ich alkoholowo nieruchome przez chwilę się przecinają i rozchodzą w inne czasoprzestrzenie.

Kluczowym elementem spaceru są schody, które Joasia eksplorowała, kiedy nauczyła się porządnie chodzić, a ja zbierałam wtedy dobre rady od rozmaitych przechodzących staruszek. Potem w jej ślady poszedł Witulek i teraz hulają po stopniach i zjeździe, wbiegają, zbiegają, skaczą, łażą przy barierce, puszczają samochodziki.
- Nie idź... panu! Tu dla pani! - Witulek poza akrobatyką ćwiczy też gramatykę... i odwagę.

Wszyscy się przyglądają, jak moje dzieci hulają po - było nie było - betonowych schodach z kocią zręcznością. I kocimi ogonami, uszytymi przez matkę na zamówienie. Ogonami, które budzą ogólny zachwyt i są poniekąd krewniakami tego kota. Inny pan, wracający ze spaceru z psem, duży i gruby, rozczula mnie pytaniem, czy dzieci nie za ciepło ubrane. To pierwsza osoba w moim macierzyńskim życiu, która nie obawia się, że chcę zamrozić sobie dzieci. Jak miło.

Co prawda zima może jeszcze zaskoczyć drogowców, ale i tak sezon wiosenny uważam za otwarty.






























W następną środę - powrót do prac (i zdjęć) kreatywnych:



4 komentarze:

  1. oj tak , słońce jak wyjdzie to aż chce się żyć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne zdjęcia! Niby tylko szara zwyczajna blokoprzestrzeń, a jakie piękne ujęcia :) U nas nad morzem też już coraz cieplej. Pozdrawiam, Aga

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...