sobota, 21 lutego 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 7

Chaos nie jest przeciwieństwem porządku.
Chaos jest raczej tworzywem, z którego ten porządek powstaje. A do tworzenia potrzebny jest rozum i wola. Najlepiej silna. Oraz miłość.
I właśnie dlatego Kubie oraz Maćkowi (który z trudem oderwał się od ekranu laptopa) poleciłam zanieść pana prawdopodobnie policjanta na kanapę, a sama poszłam utulić Józinka. Który i tak czekał już zbyt długo. Był mały, przerażony, mamusia nie przychodziła, gorzej: nikt nie przychodził. Czuł się zagubiony i bezbronny. I przytłoczony rzeczywistością, chociaż był w swoim własnym łóżeczku, z kołderką, kocykiem i kotem.
Ja czułam się podobnie. Nawet bez kocyka i kota. 
- Byłaś! – chlipnął z ulgą, kiedy zobaczył mnie w drzwiach.

Przytuliliśmy się mocno. Zaczęłam opowiadać bajeczkę o wiewiórkach, ale mi przerwał.
- Nie mów.
Więc nie mówiłam. Józek, wtulony we mnie jak mały kot, najciaśniej, jak się dało, powoli uspokajał się i zasypiał. A ja mogłam sobie spokojnie pomyśleć.

Kim jest ten prawdopodobnie policjant, który leży teraz na mojej kanapie? Skoro w skórze, to pewnie kryminalny – sądząc na podstawie literatury i filmu. A z Wydziału Kryminalnego jest też nadinspektor Jerzy Majewski. Czy to przypadek? I dlaczego trafił akurat w moje drzwi? Czy jest poważnie ranny? Czy te hałasy, które wzięłam za uliczne sortowanie śmieci, to były strzały? A jeśli to nie policjant? A jeśli ktoś go szuka i znajdzie u nas w domu? Cholera.
Poruszyłam się, a Józek otworzył oczy i spojrzał na mnie niespokojnie. Potem objął mnie mocno małą łapką. Nigdzie nie idź, mamusiu.
No więc nigdzie nie szłam. Leżałam i myślałam, a raczej myśli myślały się same, krążąc mi po głowie jak gromada szerszeni. 
Kiedy w końcu Józek poluzował chwyt, miałam wrażenie, że minęła godzina. Wyplątałam się z jego małych łapek i wyszłam z pokoju.
Teoretycznie policjant wciąż leżał na kanapie, ale najwyraźniej  przytomny. Kuba i Maciek patrzyli na niego z napięciem. Pendrive tkwił w laptopie, ale nikt się nim nie interesował.
- Przynieść coś z apteczki? – zapytałam, żeby złagodzić ciszę.
Drgnęli. Wszyscy trzej.
- Czemu się tak skradasz? – powiedział z wyrzutem Maciek.
Kuba tylko spojrzał. A facet z kanapy z wysiłkiem usiadł, zostawiając na kanapie krwawy odcisk dłoni.
- Poproszę. Co tam pani ma – powiedział z trudem.
Więc poszłam, znalazłam i przyniosłam. Bandaże, plastry, dziecięce nawilżane chusteczki, octenisept, który został od Józkowego pępka, dwa czerwone ręczniki, wodę utlenioną. Kiedy wróciłam, był już bez koszulki. Na żebrach miał otarcia, a na brzuchu – niedużą dziurę. I  sporo krwi na wszystkim dookoła.
- Nie umiem pana opatrzyć – powiedziałam dość bezradnie.
- Poradzę sobie, dzięki – wziął buteleczkę z wodę utlenioną, powąchał i wlał sobie trochę do ust. No cóż.
- A spirytus pani ma? – zapytał – Bo woda zwietrzała.
- Taki spożywczy.
- Może być.
Więc przyniosłam, odprowadzana spojrzeniami nagle małomównych Maćka i Kuby.
Policjant sprawnie ogarniał sobie rzeźnię na brzuchu, ukradkiem pociągając po łyczku z butelki.
- Tak na służbie? – zakpiłam, ale spojrzał na mnie z wyrzutem.
- No to kim pan jest? – zapytał Kuba.
- Długo byłem nieprzytomny? – jakby nie słyszał pytania.
- Jakiś kwadrans. Nie zdążył się pan wylegitymować – przycisnęłam.
- Kwadrans – chyba go to zmartwiło. Spojrzał na swoje brudne ręce. – A wyjmie sobie pani legitymację? W kurtce jest.
Opatrunek był niemal ukończony.
Wstałam i sięgnęłam po kurtkę. Włożyłam rękę do kieszeni. Cholera. Zimne  i twarde. Wyjęłam.
- Nie jest nabity – powiedział facet obojętnie, nawet nie patrząc w moim kierunku. - W tej drugiej jest legitymacja.
No i była. Wspaniała manifestacja zaufania, nie ma co. 
- Kazimierz Marcinkowski. Podkomisarz – przeczytałam na głos.
- No. – podkomisarz popatrzył na swoje ręce. – A gdzie jest łazienka?
Położyłam legitymację na stole obok broni i wstałam.
- Pokażę.
Marcinkowski podniósł się też, ale zaraz usiadł z powrotem. Przyniosłam mu więc wodę w misce, mydło, gąbkę i czysty ręcznik. Uśmiechnął się trochę krzywo, ale chyba jednak z wdzięcznością.
- To teraz słuchamy – odezwał się wreszcie Kuba.
- Dużo wam nie opowiem, ale jakieś wyjaśnienia jestem winien, wiem – powiedział podkomisarz, jakby rozmowniejszy po wewnętrznym i zewnętrznym odkażaniu.
Milczeliśmy wymownie.
- Jestem policjantem, brałem udział w akcji, zostałem ranny.
No to nas oświecił, nie ma co.
- A czemu trafił pan do nas?
- Bo akurat byłem przy waszych drzwiach.
- Po drodze jest wiele innych drzwi.
- Ale te wyglądały wyjątkowo gościnnie – wysilił się i z żalem spojrzał na swoją brudną i podartą koszulkę.
- No dobra, pożyczę – przyzwoitość zwyciężyła w Kubie z ciekawością. Podszedł do szafy i wyjął z niej czarny T-shirt. Policjant przyjął go z wdzięcznością.
- To jakie macie pytania?
- Czy ściga pana ktoś, kto tu zaraz wpadnie z nożem i będzie zagrażał życiu mojej rodziny – rzucił trochę obcesowo Kuba.
- Nie, nikt mnie już nie ściga.
Zabrzmiało to odrobinę niepokojąco.
- Już? – dopytałam.
- Już – odpowiedział z kamiennym spokojem. Ubrany wyglądał o wiele mniej bezbronnie. I panował nad sytuacją. Czyli niczego się nie dowiemy.
- A kto ścigał?
- Przestępcy.
- Czy ci przestępcy mają coś wspólnego z jakąś ciężarówką? – strzeliłam w ciemno, bo lubię teorie spiskowe i nie ufam przypadkom.
Westchnął.
- Wolałbym nie odpowiadać na to pytanie.
- A może mają coś wspólnego z blondynem, który ma naprawdę różowe uszy? – pytałam dalej.
- Na to też wolałbym nie.
Czyli trafiony, zatopiony.
- A czy może pan powiedzieć, skąd… - zaczęłam i  w tym samym momencie ktoś zadzwonił do drzwi.
Popatrzyliśmy po sobie – Maciek, Kuba i ja. A potem Kuba wstał i poszedł do drzwi, mierząc policjanta ciężkim spojrzeniem. Siedział spokojnie. Zerknęłam na stół.
- Nie będzie potrzebna.
- Zamawialiście pizzę? – krzyknął z przedpokoju Kuba. A potem do pokoju weszła dziewczyna z pudełkiem pachnącym ziołami prowansalskimi. I przypieczonym serem. Zaburczało mi w brzuchu.
Dziewczyna postawiła pudełko na stole obok pistoletu, jakby go nie zauważyła.
- W porządku? – zwróciła się do Marcinkowskiego.
- Tak.
- Duże obrażenia?
- Nie.
- Chcesz samochód?
- Przydałby się.
- Przyjedzie Wiesiek. I Robert.
- Dobrze.
– Pizza na koszt firmy – zwróciła się do nas. – Do widzenia!
I wyszła.
Podkomisarz wstał ostrożnie z kanapy, podszedł do stołu, wziął broń i otworzył pudełko.
- Pachnie bosko – oświadczył. – Smacznego – po czym wziął sobie ładny kawałek.
My też.
Pizza była kwadratowa. I naprawdę dobra.
- Fery szery – wysilił się Marcinkowski.
- I jakie dobre oliwki – entuzjastycznie podjął nieprzestępczy temat Maciek.
Nie zdążyliśmy przeżuć pierwszej połówki, kiedy do drzwi ktoś zadzwonił.
Zerwałam się i zdążyłam przed Kubą. Na progu stało dwóch facetów. Jeden trzymał w ręce torbę z winem, bagietkami i doniczką świeżej bazylii, a w drugiej czarną teczkę. Drugi wyglądał jakoś znajomo.
- Agatko! Kopę lat! – wykrzyknął ten pierwszy i bezceremonialnie zgniótł mi żebra w niedźwiedzim uścisku, szepcząc przy tym do ucha: „No niech mnie pani uściska, do diaska!”
Uściskałam posłusznie. Bazylia zapachniała. Poczułam się nieco absurdalnie.
- Kuba! Nic się nie zmieniłeś! – wykrzykiwał już nasz nowy znajomy, wchodząc do domu, jak gdyby nigdy nic. – A to jest Stefan!
Olśniło mnie. Wiesiek. Policyjny rysownik.
- Wiesiek, odrobinkę ciszej. Dzieci śpią – powiedziałam.
- Jasne, jasne – natychmiast zreflektował się Wiesiek głośnym szeptem.
Weszli do pokoju. Podkomisarz wyglądał dla odmiany na trochę bardziej spiętego. Założył w międzyczasie kurtkę, jakby chciał ukryć opatrunek.
- Ostra akcja, Kazek, co? – powiedział Stefan, który był raczej Robertem.
- Ano ostra.
- Oberwałeś mocno?
- E, nic takiego.
- Pokaż - Stefan alias Robert otworzył teczkę – lekarską, jak się zaraz okazało.
- Nie trzeba, już opatrzyłem.
- Co to było? Nóż?
- Raczej scyzoryk.
Lekarz mniemany przygotował sprawnie jakąś strzykawkę.
- No coś ty.
- Nie marudź, komenda ci nie będzie potem płacić odszkodowania za głupotę.
Odwróciliśmy się taktownie.  
- Czy ktoś jeszcze się do nas wybiera? – zapytał Kuba, kiedy operacja zastrzyk dobiegła końca, a walizka została z trzaskiem zamknięta. Nikt nie odpowiedział.
- To może zobaczymy tego pendrive’a – przypomniał się nagle milczący dotąd Maciek. – Bo ja zaraz muszę iść.
- Co to za pendrive? – zapytał Marcinkowski. Ale ma facet wyczucie.
- A skąd pani z pizzą wiedziała, gdzie ma przyjechać? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Spojrzeli na mnie uważnie – wszyscy trzej. Potem Wiesiek zerknął na podkomisarza. Podkomisarz kiwnął głową.
- Monitoring – wyjaśnił Wiesiek.
- Tu jest kamera?
- No jest.
- I widać moje drzwi?
- No – Wiesiek niechętnie kiwnął głową.
Popatrzyliśmy na siebie  z Kubą w tym samym momencie.
- Jako że nie wykrwawił się pan na trawniku pełnym psich kup, wisi mi pan przysługę – zaczęłam, patrząc Marcinkowskiemu prosto w oczy. Uśmiechnął się, jakby domyślał się, o co chodzi.
- Jaką?
- Nagranie.
- Ale Kazek, to jest – zaczął Stefan, czy może Robert. Kazek uciszył go ruchem dłoni.
- Jakie?
- Z ostatniego czwartku. Z godziny…
- Jedenastej rano – dokończył Kuba.
- Ile minut?
- Wystarczy minuta. Byleby się w ciągu tej minuty pojawił człowiek z kotem.
Nikt się nie zdziwił. Czyli jednak.
- Da się zrobić – powiedział Marcinkowski i wstał.
- Minuta na maila, zanim panowie wyjdą, zostawiając nas z winem i bazylią – uściśliłam.
Podkomisarz roześmiał się i zaraz potem skrzywił z bólu.
- Pani jest dziennikarką, tak?
- To nie były przypadkowe drzwi, tak?
- Nie były. Robert, daj telefon.
Jednak Robert bez słowa wyjął telefon z kieszeni. Podkomisarz wyszedł do przedpokoju i coś tam przez chwilę komuś półgłosem tłumaczył.
- Zaraz będzie – oświadczył, wchodząc do pokoju z powrotem.
- To może teraz zobaczymy? – z nadzieją zapytał Maciek.
- Co zobaczymy? – zapytali równocześnie Wiesiek i Robert.
- Nic – powiedziałam.
- Pendrive – powiedział w tym samym momencie Maciek.
- Nieładnie tak okłamywać policję – roześmiał się nieszczerze Wiesiek.
Plimk!
Tak szybko? Zerknęłam w telefon, żeby sprawdzić maila. Nie do wiary. Był. I nagranie też. Na wszelki wypadek zaczęłam je odtwarzać. Podkomisarz zmaterializował się za moimi plecami i oglądał razem ze mną.
Na nagraniu jakiś chłopaczek w kapturze podrzucał na moją wycieraczkę pluszowego kota.
- I co pan… – zaczęłam, zerkając na Marcinkowskiego. Nie zdążył ukryć błysku w oku.
- Zna go pan – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie – no doprawdy, co za niespodzianka.
- I właśnie w środku tego kota był pendrive – powiedział Kuba.
Och, mężu. Nawet ty?
- No to my się nim zaopiekujemy – powiedział Wiesiek.
- Kotem? – próbowałam jeszcze.
- Sprzętem.
- Ale – zaczęłam.
- Bez żadnych ale.
- Ale…
- To jest dowód w sprawie, a my prowadzimy śledztwo – powiedział podkomisarz i wyciągnął rękę do Maćka zmartwiałego nagle przy laptopie.
- Ale czy nie możemy obejrzeć tego, co na nim jest, wszyscy? Przecież to ja go dostałam! - tak się właśnie musi czuć Józek, kiedy zabieram mu z rąk zapalarkę tuż przed tym, jak chciał jej po cichu użyć.
- Może lepiej nie.
Maciek posłusznie włożył pendrive’a do jego wyciągniętej ręki.
- Chyba nie możecie – próbowałam jeszcze, dość rozpaczliwie.
- Możemy.
Marcinkowski schował pedrive do kieszeni z bronią i sięgnął po jeszcze jeden kawałek zimnej pizzy. Robert już stał z walizką w rękach. Wiesiek mrugnął do mnie.
- Do zobaczenia pod Gruszką!
- Dzięki za apteczkę – mruknął jeszcze w drzwiach pan podkomisarz.
I poszli.
Szlag.

Kiedy na ulicy ucichł dźwięk silnika wysłużonego opla, spojrzałam z wyrzutem na Maćka. I z jeszcze większym na Kubę.
- Naprawdę musieliście? To był pendrive dla mnie! Nie dla policji! – zaczęłam.
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Ale ja wszystko skopiowałem – oznajmił Maciek z szerokim uśmiechem.
Czyli to ja jestem idiotką.
Westchnęłam.
- W takim razie sorry, panowie, za to, co o was myślałam przez ostatnie dziesięć minut.
 Uśmiechnęli się tylko. A potem rzuciliśmy się do komputera.
Na pulpicie był jeden folder. W nim – cztery mniejsze. W trzech były zdjęcia. W czwartym jakiś plik.
- To chyba plik tekstowy, ale za Chiny nie wiem, co to za rozszerzenie. Musiałbym sprawdzić w necie.
- Ani się waż podłączać ten komputer do neta! – co prawda nie sądziłam, że ktoś po drugiej stronie dowie się zaraz, że obejrzeliśmy pliki, ale przezorny zawsze i tak dalej.
- Lepiej zobaczmy zdjęcia. Poszukamy jakiegoś programu za chwilę – łagodził Kuba.

Zdjęcia były w kiepskiej jakości, jakby ktoś je robił telefonem z kieszeni. Na kilku był spory garaż i ciężarówka - w trakcie lakierowania. Na innych – jakieś paczki i pudełka. A na kilku innych byli ludzie. Całkiem rozpoznawalni. Był tam blondyn z uszami, który udawał przed nami Majewskiego. Był podkomisarz Marcinkowski, pochylający się nad lakiernikiem.
- O, a to chyba jest ten chłopaczek z nagrania! – zawołał przy kolejnym zdjęciu Kuba.
Na ostatnim zdjęciu był blondyn, podkomisarz i trzeci facet. Gruby. I łysy. I dziwnie znajomy.
- Karol – powiedziałam, czując, że kolana dziwnie mi miękną.
- Kto?
- Taki… znajomy znajomego. Piłam z nim ostatnio kawę.
- Piłaś kawę z przestępcą? – zgorszył się Maciek.
- Wtedy nie wiedziałam, że jest przestępcą!
- A może wcale nie jest – mitygował Kuba – przecież Marcinkowski też jest na tym zdjęciu.
Co racja, to racja.
- Muszę zadzwonić do Andrzeja – gorączkowałam się.
- Nie teraz, jest druga w nocy – przypomniał mi Kuba.
- Co z tego, on późno chodzi spać. Najwyżej go obudzę, trudno – rozglądałam się za telefonem.
- Ej, otwórzmy teraz ten plik! – Maciek, który chyba zapomniał, że spieszyło mu się do domu. – Macie tu wifi?
- Co to jest wifi, mamusiu? – zapytał cienki głosik.
Umilkliśmy.
W progu stała zaspana Natalka. Tuliła do siebie kocyk i patrzyła na nas szeroko otwartymi oczami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...