sobota, 14 lutego 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 6

Pendrive leżał sobie na środku biurka i wyglądał jak mały skarabeusz. Nie wyłaziła z niego samodzielnie żadna zawartość, ale na wszelki wypadek biurko było sprzątnięte. Wydawał się mały i niegroźny. Odbijała się w nim lampa i wyglądał, jakby na nas zerkał.
My też na niego zerkaliśmy.

Siedzieliśmy na kanapie z kubkami herbaty w rękach. Dzieci spały, za oknem ktoś wrzucał butelki do pojemnika na szkło, robiąc przy tyle hałasu, co łoś w tunelu pod dworcem. Kominy małych domków dymiły – jak to w porze rozpalania na noc, stanowiąc ciemny dowód na nieskuteczność żałośnie małych dopłat do wymiany starych pieców. Smog spowijał zasypiające miasto duszącą kołderką.
A pendrive leżał.
I kusił.
Zegar nie tykał, bo go nie było.
Piliśmy herbatę. I milczeliśmy, bo rozmowę o tym, że ja chcę sprawdzić, co na nim jest, Kuba też, ale podarunkiem, że zrobimy to w sposób bezpieczny, przeprowadziliśmy dobrych parę godzin temu.Na policję na razie nie zadzwoniliśmy. Za to obdzwoniliśmy różnych znajomych i znaleźliśmy laptopa, który miał akurat trafić na złom.
Laptop właśnie do nas jechał. Więc czekaliśmy. Piliśmy herbatę, która teraz była już bliżej mrożonej, niż rozgrzewającej. Ktoś za oknem skończył z butelkami, za do śmietnika przyszedł pan od puszek. Sądząc po odgłosach, połów był obfity. I dużo zgniatania.
Dzieci spały spokojnie.
Siedzieliśmy sobie, nie dopijając resztek zimnej herbaty. Pendrive wciąż zerkał na nas swoim odbitym okiem, a mój umysł tworzył kolejne hipotezy dotyczące jego zawartości.
Może to będą zdjęcia miejsca zbrodni. Albo po prostu dokumentacja dotycząca ciężarówki. Albo jakieś informacje dotyczące tych nielegalnych rzeczy, które podobno były nią przewożone.
- Może taki program, który zamyka system, potem wyświetla na czarnym ekranie dwa zmieniające wszystko zdania i na koniec rozwala dysk? – pomyślałam głośno, całkiem niechcący.
- Naoglądałaś  się za dużo filmów sensacyjnych – oświadczył mój mąż.
- Ależ skąd – oświadczyłam – A może to będzie jakaś zagadka? Albo wiem! Gra type escape!
Westchnęliśmy jak na komendę.
Gry typu escape – czyli trochę inna wersja zagadki zamkniętego pokoju. Tyle, że celem jest się z tego pokoju wydostać. Kiedy jeszcze byłam młodą studentką bez obowiązków w postaci robienia kakałka i całej reszty z tym związanej, grałam w gry typu escape. Zazwyczaj nie były bardzo trudne, ale do kilku podchodziłam po trzy – cztery razy, a rekord pobiłam, grając w jedną osiem godzin. Cóż, trzeba było kliknięciami myszki podrzucić kołdrę w górę, a spod niej wydobyć kawałki układanki, bez której nie dało się rozwiązać zagadki. Nie miałam myszki, tylko touchpada, który nie zamierzał współpracować w tym tempie, i koniec końców musiałam się poddać. Kuba, wtedy jeszcze nie mój mąż, nie był tym specjalnie zdziwiony, chociaż gra, w której chodzi się bez broni i nie ratuje świata, tylko własny tyłek, albo raczej – zdrowie psychiczne zamkniętego bohatera – była dla niego odrobinę niepojęta. No, może nawet nie odrobinę. Ale w sesji wiele rzeczy nie musi mieć dobrego wyjaśnienia.
- A może coś zupełnie innego. Na przykład rodzinne zdjęcia – wyrwał mnie ze wspomnień Kuba.
- Nie, to musi być coś związanego z ciężarówką! – upierałam się.
- E tam. Wcale nie musi. Chociaż równie dobrze to może być debiutancka powieść tego blondyna, co udawał Majewskiego. – poszedł va bank mój mąż. - Wiedział, że recenzujesz kryminały, więc postanowił w oryginalny sposób zachęcić cię do przeczytania swoich wypocin. Organizując przestępczą akcję. Trochę jak ten gość, co opisał morderstwo, którego dokonał, i potem go zamknęli.
- Nie tknęłabym tego! –zawołałam, kiedy już przestałam płakać ze śmiechu.
- Oczywiście, że byś tknęła. Przeczytasz wszystko, co się znajdzie na tym pendrive!
Musiałam przyznać mu rację.
- Z tą powieścią to byłoby całkiem niezłe – zaczęłam – ale jest jeden błąd logiczny: przecież nie mógł przewidzieć, że Józek zrzuci kota z wiaduktu.
- No nie mógł. Ale mógł za to znaleźć twoje ogłoszenia w sieci. Sprawdził cię i uznał, że to dla niego jedyna szansa – rozwijał koncepcję Kuba.
- Ale za to szanse na to, że w ogóle znalazł w Internecie to ogłoszenie, są bardzo małe.
- Ale są. Może znajomy mu podesłał link. I okazało się, że jego ciężarówka jest poszukiwana. Więc ją ukradł i sam zgłosił kradzież.
- I liczył, że się tym zainteresuję? Ale jak ja mogłabym mu pomóc?
- Przecież jesteś dziennikarką. Może przez ostatnie dwa lata wysyłał książkę do różnych wydawnictw, a nikt mu nawet nie odpisał. I pewnie wszyscy znajomi, którym dał do czytania, byli zachwyceni i mówili mu, że musi ją wydać. - ciągnął mój mąż, świetnie się bawiąc.
Obraz zdesperowanego literata, nie dostrzeżonego przez polski rynek wydawniczy, który szuka pomysłu na zainteresowanie sobą kogokolwiek, nawet mnie, nagle wydał mi się dość atrakcyjny.
- To na pewno jest kierowca ciężarówki, ale po studiach. Polonista! Na zajęciacg kazali mu pisać i był niezły, ale jak skończył uczelnię, nie było dla niego pracy. Ożenił się, ma trójkę dzieci i utrzymuje rodzinę, jeżdżąc tirem! Żeby nie umrzeć z nudów w długiej trasie, brał sobie do słuchania audiobooki – klasykę literatury światowej.
- Tak, i kiedyś zabrał autostopowicza, którego zmusił do wysłuchania drugiej połowy „Lalki”. Autostopowicz się wciągnał i tak bardzo chciał się dowiedzieć, co było wcześniej, że zamienił się z naszym kierowcą na książki i zabrał sobie „Lalkę”, a jemu zostawił Mankella. – dorzucił swoje Kuba.
- Polonista brzydził się kryminałami, ale kiedyś klasyka skończyła mu się w połowie długiej trasy, a na żadnej stacji benzynowej nie mieli niczego dobrego do słuchania. Szukając pod siedzeniem drobnych na żurek, znalazł audiobooka od tego autostopowicza i postanowił przesłuchać pierwsze dziesięć minut. I tak go wciągnęło, że wysłuchał do końca, a w kulminacyjnym momencie niemal wjechał w drzewo – ciągnęłam.
- I to mu dało do myślenia! Zaczął słuchać kryminałów, a potem postanowił napisać swój własny!
Przez nasz śmiech przebił się dzwonek telefonu.
- Ej, tu Maciek, to ja, stoję na schodach, mam dla was kompa – powiedział brat naszej znajomej, który w roli kuriera wyruszył ze zwłokami laptopa.
Otworzyliśmy.
Wszedł.
- No to tak: ja wam go uruchomię, ale bardzo możliwe, że to będzie ostatni raz, bo on się już niemal nie włącza – zapowiedział. Zdjął buty i ruszył do biurka.
- To ten pendrive? Co na nim jest takiego?
- No właśnie nie wiemy – uświadomiłam go.
- No to się zaraz dowiecie – wyjął z plecaka laptopa, nieco obdartego z obudowy, sprawnie podłączył, co było trzeba, sięgnął do kieszeni po mały śrubokręt i wcisnął go gdzieś w bebechy komputera.
Komputer ruszył.
- No – powiedział Maciek.
Sięgnął ręką po pendrive, ale zaraz ją cofnął.
- Może wy to zróbcie sami.
- A co, boisz się? – zakpił Kuba, którego najwyraźniej przygniotła właśnie powaga chwili. A na powagę chwili nie ma nic lepszego od kpiny.
- Nie, ale to jak rozpakowanie prezentu, no nie?
- No nie – powiedziałam, bo ja też to czułam.
Po czym sięgnęłam ręką po czarnego skarabeusza dwudziestego pierwszego wieku i zdecydowanie wcisnęłam go do gniazda.
Na dworze coś huknęło. Pewnie kolejny amator zarobkowego recyklingu.
- Nie tutaj – powiedział Maciek.
Wetknęłam pendrive w drugie gniazdo. Z tyłu głowy majaczył mi tirowiec-polonista.
Komputer mignął, po czym wyświetlił informację o tym, że wykryto nowy sprzęt. Maciek coś tam szybko poklikał.
A potem stały się trzy rzeczy na raz.
Na ekranie wyświetlił się otwarty folder.
Józinek rozpłakał się w głos w swoim łóżeczku.
I ktoś zadzwonił do drzwi.
Popatrzyliśmy po sobie. A potem Kuba i ja ruszyliśmy naraz – i to wcale nie w kierunku łóżeczka. Wyrodni.
Na progu stał facet w czarnej, skórzanej kurtce. Miał krótkie włosy i bardzo niebieskie oczy.
Kurtka była rozpięta, a facet trzymał się za brzuch.
W jednej ręce ściskał jakąś szmatę. Na drugiej miał krew.
- Potrzebuję pomocy – powiedział.
- Nie powinien pan bardziej chrypieć? – rany, chyba nie powiedziałam tego na głos?
- Zadzwonić po karetkę? – zapytał przytomnie Kuba. A ja odsunęłam się z przejścia.
- Mamuuuuusiu! Psiiiijć! - łkał w tle zdesperowany Józek.
Facet wszedł. Potem zamknął drzwi, oparł się o nie z ulgą i powiedział:
- Spokojnie, jestem funkcjonariuszem policji. Zaraz się wylegitymuję.
A potem zemdlał.


2 komentarze:

  1. Nooo, to się teraz porobiło! Super!:D

    OdpowiedzUsuń
  2. A co z tym otwartym folderem? Czemu oboje poszli do drzwi? A jak sie komp juz nie uruchomi?!
    O, Matko.No chyba musze melisy.
    :D

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...