poniedziałek, 2 lutego 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 4

Nocne niebo odrobinę pojaśniało, zaniebieszczyło się, zaróżowiło, a potem pierwsze promienie słońca wychynęły zza nowohuckiego horyzontu.
- Wysło! Słonecko wysło! – zawołał Józek i popędził do okna, ale zanim dotarła tam Natalka, słońce schowało się za chmurami. A w zasadzie to chyba za smogiem.
- Cemu nie ma? – zafrasował się Józek.
- Mamusiu, a cemu słonko się schowało? – dodała ze zmartwioną miną moja córka.
- Bo są chmury, króliku, i wyjrzało tylko na chwileczkę.
- Zaraz się pokaże – oświadczyła Natalka pewnie, ale na jej buzi pojawiła się zapowiedź podkówki. Ale tego nie zauważyłam, bo byłam pochłonięta notatkami rozrzuconymi na kuchennym stole.
- Chyba się nie pokaże – nieświadomie dolałam oliwy do ognia.
- Chcę – zeby – się - pokazaaaaałoooo! – zawyła Natalka i wtedy dopiero zorientowałam się, że jest źle. Wyrodna matka.
Uspokajanie i przytulanie zakończyło się rozlaniem kawy na kilka stron notatek (winny łokieć matki) oraz rozsmarowaniem miodu na kilku kolejnych (winna nieodparta potrzeba poznawcza Józka). Potem nastąpiło uspokajanie rozżalonego Józka, który jak zwykle nie mógł zrozumieć, dlaczego mamusia psuje mu taką fajną zabawę, którą sam sobie wymyślił i w dodatku w jej trakcie niczego od mamusi nie chce. A potem na stole, zamiast notatek, pojawiła się ciastolina. Krzyki i pochlipywania ucichły, za to nastał zadowolony spokój. Z tych raczej krótkotrwałych. Wykorzystałam ten spokój, żeby uporządkować do końca notatki. A w zasadzie nie notatki, a fakty. I informacje.

Kota nie było od dziesięciu dni. W tym czasie zdążyłam rozsiać po Internecie i kompetentnych znajomych list gończy za ciężarówką, olać pogróżki, dowiedzieć się, jak policja szuka zaginionych środków transportu (czeka, aż się same znajdą), obdzwonić z zerowym skutkiem motele znajdujące się przy jednej z teoretycznych tras przejazdów ciężarówki (w myśl zasady, że tonący brzytwy się chwyta) przepytać ulubionych dziennikarzy śledczych, co się z takim fantem robi, wykonać i rozesłać portret pamięciowy pana podejrzanego oraz zadzwonić do szwedzkiej firmy produkującej koty.
Wszystko razem zaczynało mi się składać we wspaniały reportaż śledczy, a raczej jego pierwszą część. Tylko gdzie go wysłać? Do redakcji magazynu „Mama na szóstkę?” Oczyma duszy widziałam już lid: „Matka-dziennikarka nie poddaje się w poszukiwaniach ukochanego, zaginionego kota swojego dwuletniego synka. Tylko u nas!”
O, rety.
Ze wszystkich rozmów telefonicznych najsympatyczniejsza była konwersacja z panią ze szwedzkiego sklepu. Chociaż prowadziłyśmy ją po angielsku, bo po szwedzku znam trzy ze trzy zwroty grzecznościowe i nie do końca jestem pewna, jakie powinny być odpowiedzi, pani uparcie wtrącała do rozmowy wyraz brzmiący jak „kartunie”. Zapytałam w końcu, co oznacza.
- Kociątko – wyjaśniła, zdziwiona raczej moją wymową niż samym pytaniem.
W końcu wypełniłyśmy specjalny formularz. Efekt mnie nie zaskoczył.
- Przykro mi, drugiego takiego kociątka nie ma.
- A może znajdzie się podobny? – zapytałam nierozsądnie, uruchamiając procedurę wypełniania formularza jeszcze raz. Całe szczęście, że szwedzki sklep z kotami okazał się być na tyle nowoczesny, że dało się rozmawiać przez Skype’a. W ciągu długaśnej rozmowy dowiedziałam się, że podobnego kota też nie ma oraz, że – co gorsza – szyją koty seriami i nasz jest z serii 213, a teraz szyją już 217, norweskie koty leśne, co raczej nas nie usatysfakcjonuje.
- Norweskie? - dopytałam nieco złośliwie.
- Owszem. Nie mamy uprzedzeń rasowych – błyskawicznie odparowała moja rozmówczyni i na tym zakończyłyśmy uroczą konwersację. Uroczą? Oczywiście, proszę pani. Pasjami uwielbiamy rozmawiać z klientami przez internetowy komunikator.

Rozmowy z dziennikarzami śledczymi przypominały raczej tarzanie się po ściernisku w worze pokutnym. Lub też pojedynek Eskimosów, w którym zdecydowanie przegrywałam. Aż w końcu przyszedł czas na przedostatni numer z mojej krótkiej listy.
- Czyli twoje dziecko zgubiło zabawkę, zabawka spadła na ciężarówkę, którą właśnie ktoś ukradł, jakiś facet cię nachodzi i straszy, a ty się łudzisz, że ciężarówkę znajdzie policja, a kot będzie grzecznie czekał w środku? – podsumował moje pokrętne tłumaczenia Piotr.
- Dokładnie – westchnęłam.
- A wiesz, że to by się chyba dało zrobić?
Przygotowana na wybuch szczerego śmiechu, prawie zaniemówiłam z wrażenia.
- Jak? – wyjąkałam w końcu.
- Zaraz ci powiem. Notujesz?
Zanotowałam. Nawet całkiem sporo.

***

Więc siedzieliśmy sobie w kuchni, dzieci ciastoliniły siebie, stół, podłogę i taborety, Natalka mamrotała pod nosem „rety-taborety”, a ja zapisywałam w punktach wszystko, co wiedziałam. Czy raczej wszystko, co wydawało mi się, że wiem. I zastanawiałam się, kogo by tu zmusić do mówienia. Albo działania. Albo jednego i drugiego.

Najważniejsze jest znalezienie ciężarówki. A jeszcze lepiej – jej kierowcy. No bo w końcu jak to było? Czy to kierowca wystawił swojego szefa do wiatru i sam ukradł samochód, czy ktoś mu go podprowadził, bo ja wiem, z parkingu? A może z magazynu, i kierowca nie ma tu nic do rzeczy? To znaczy do gadania?
Zaczęłam kompletować sobie równolegle dwie listy pytań: do kogoś z firmy będącej właścicielem ciężarówki i do policji w osobie Majewskiego. Skoro już wie, o co chodzi, łatwiej będzie z nim rozmawiać. Przynajmniej teoretycznie.
Kto jeszcze mógłby coś wiedzieć?
Panowie, którzy mnie straszą, ale oni pozostają nieosiągalni.
- Ziobać! Klólik ziada tlawkę!
- Piękny królik, Józinku.
- Ale to jest mój kłólik!
- Piękny królik, Natalko.
- Pats tu! Tutaj pats! – korygował mój wyraźny brak zainteresowania Józinek.
No dobra, dzieci. Teraz chwila dla was.
Z żalem odłożyłam papiery. Rozmowy z dziećmi są absorbujące i trudno podczas nich zajmować się czymś jeszcze. Wszystkie pomysły mi uciekną.
- A ulepiliście już psa?
- Nie! – odparły moje dzieci zgodnym chórem.
Więc ulepiliśmy. A potem jeszcze jednego, wiewiórkę, węża, dwie kaczki, bałwana z siusiakiem, samochód, kota i  nosorożca. Po nosorożcu wymiękłam i ruszyłam do zmywania z nadzieją, że – jak zwykle – przyjdzie mi do głowy wszystko, co z niej wyszło. Ale nie przyszło. Dzieciaki odnalazły w szufladzie pudełko z ziarenkami i na własną rękę zorganizowały sobie warsztaty kreatywne. Postanowiłam więc wykorzystać kolejny bonusowy kwadrans spokoju i umówić się na przyjacielską pogawędkę z nadinspektorem Majewskim. Juniorem. Wbiłam w telefon zapisany w notatkach numer.
Odezwała się miła panienka.
- Dzień dobry, z nadinspektorem Majewskim proszę.
- Nazwisko?
- Majewski.
- Pani nazwisko.
Podałam.
- W jakiej sprawie?
Tak, kobieto, właśnie tego pytania chciałam uniknąć.
- W sprawie ciężarówki. I kota.
Lekkie wahanie.
- Pan nadinspektor nie prowadzi takiej sprawy.
- A czy mogłaby pani go o to zapytać?
- Przykro mi, pan nadinspektor jest teraz zajęty.
Jasne. Bo uwierzę.
- Kiedy ostatnio rozmawiałam z Jerzym, pracował właśnie nad tą sprawą, więc proszę nie robić ze mnie idiotki i mnie połączyć, albo przełączyć mnie do pani przełożonego – poszłam va bank. Czasami trzeba.
Cisza.
- Dobrze, połączę panią – powiedziała panienka wrogo i niechętnie. Miała prawo. Prawdopodobnie to ona miała rację, a nie ja. Ja blefowałam.
- Majewski – odezwał się w słuchawce poirytowany męski głos.
- Dzień dobry. Czy mogę zająć panu minutę?
- Będę patrzył na zegarek.
A, to w takim razie ja też muszę.
- Powiedziałam pana sekretarce, że wcześniej rozmawialiśmy, to nieprawda. Rozmawiałam z pana ojcem. Chciałam pana zapytać o kilka rzeczy związanych ze skradzioną ciężarówką. I zaginionym – zawahałam się – kotem. Pamięta pan?
- Mówiła pani piętnaście sekund – powiedział Majewski z uznaniem. – Pamiętam. Trudno byłoby nie pamiętać.
- A czy mógłby mi pan powiedzieć, jak się sprawy mają?
- A po co to pani?
- Będę o tym pisać tekst. – tylko nie pytaj, gdzie się pojawi, proszę.
- Mogę pani udzielić informacji, ale nie do publikacji. Nieoficjalnie. – zdaje się, że nadkomisarz świetnie się bawił. Tym lepiej dla mnie.
- Oczywiście.
- No więc szukamy tej ciężarówki, sprawa jest o tyle interesująca, że kot spadł na samochód, który nie dość, ze został skradziony, to jeszcze najprawdopodobniej miał na pace rzeczy – zawahał się – zakazane w Polsce.
- Zakazane? Czyli jakie?
- Dla dobra śledztwa nie mogę pani udzielić takiej informacji.
Naoglądał się kryminałów, słowo daję.
- A jakiej pan może?
- Sam się zastanawiam.
- Wpadliście na jakiś ślad tej ciężarówki?
- Nie mogę pani odpowiedzieć na to pytanie. A czy to pani dzwoniła do moteli przy trasie na Zakopane?
- Tak.
- Tak myślałem – powiedział.
- A czy znajdzie pan dla mnie kwadrans na żywo? – zapytałam, słysząc, że ktoś dzwoni do drzwi. Dzieci zerwały się pierwsze,  z tym podekscytowaniem, które towarzyszy przyjściu nie-wiadomo-kogo.
- Kto psysedł?
- Kto do nas idzie, mamusiu?
- Zaraz, poczekajcie – połapałam towarzystwo i ruszyłam do drzwi.
- Mógłbym się z panią spotkać dzisiaj o szesnastej – kontynuował w słuchawce Majewski.
- Obawiam się, że nie dam rady. A jutro? – złapałam za klamkę, odganiając dzieciaki, żeby móc otworzyć drzwi.
- Jutro, jutro, zaraz zerknę. Pani Kaaaasiu!
Otworzyłam.
Za drzwiami nie było nikogo.
- Głupie żarty – mruknęłam pod nosem, patrząc na zdziwione miny dzieciaków.
- No to kto dzwonił, mamusiu? – zapytała nieufnie Natalka.
- Jutro, tak, ale o dziesiątej rano.
- O dziesiątej rano? – czy zdążę podrzucić dzieciaki do babci? Chyba zdążę. – Myślę, że… - spojrzałam na wycieraczkę. - Myśle, że to chyba nie będzie potrzebne – zakończyłam do słuchawki, najwyraźniej budząc zdumienie po drugiej stronie.
Na schodach leżał sobie kot Józinka. Wyglądał na zadowolonego. Chociaż trochę zmókł.
- KOT! – zauważył to, co ja, Józinek.
- Kot! To kot dzwonił, mamusiu! – wtórowała Natalka.
Matko. Tylko go nie ruszajcie, dzieciaki.
- Zadzwonię za moment – rzuciłam nieco obcesowo, a potem się rozłączyłam, przechwytując kota, zanim złapały go dzieci.
- Kot! Kot! Daj! - wykrzykiwał uszczęśliwiony Józek.
- Kot! Kot włócił! Tak, jak mówiłaś!
- Zanim go przytulicie, trzeba go wyprać, bo nie wiadomo, gdzie się włóczył – oświadczyłam i pomacałam szare futerko.
No tak.
W środku kota było coś twardego.

7 komentarzy:

  1. dobrze ci idzie konwencja powieści w odcinkach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Seriale HBO - najlepszy nauczyciel :D

      Usuń
  2. Mogę się przyczepić? :D Jakim cudem utrzymałaś dwoje dzieci i telefon, żeby nie dorwały się do kota, zanim Ty go wzięłaś do rąk? :D

    Przepraszam, musiałam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale to przeciez nie Mloda Matka, tylko Bohaterka-Powiesci-w-Odcinkach! One wszystko moga!
    :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobre. Tylko ja beznadziejnie czekam na jeden egzemplarz w całości, do łapki. Muszę czuc papier nosem, no muszę! Wszelkie teksty na monitorze czytam na szybko i nie potrafię się zapamiętać w czytaniu, aż żal.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co do przytrzymywania dzieci (Wielorybko) to ja często czynię to nogą, tudzież inną częścią. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, a ja na codzień odczuwam, że przydałyby się jeszcze ze dwie ręce. :)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...