piątek, 16 stycznia 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 2

Budzik nie zadzwonił, bo nie był nastawiony.
Budzik nigdy nie jest nastawiany, bo od kiedy mam dzieci, okazał się zupełnie niepotrzebny. Po pierwsze, nigdzie mi się rano nie spieszy, po drugie – wstawanie przed dziećmi, żeby zrobić sobie spokojnie to czy tamto, zawsze wydawało mi się mniej kuszące od spania do oporu. Nawet, jeśli opór przychodzi do łóżka rodziców o piątej trzydzieści i oznajmia, że wstał, a kiedy reakcji nie ma odpowiednio szybko, sięga po argumenty nie do odparcia.
Argumentem nie do odparcia okazał się dzisiaj kubek z resztką kakao, którego Natalka nie dopiła wieczorem. Niewiarygodne, jak szybko budzi się człowiek, kiedy mu wylewają na poduszkę jakiś brunatny płyn. 
- Kakałko – oznajmił Józek, z satysfakcją obserwując, jak plama na prześcieradle powiększa się i przybiera kształt motyla.  Rorschach miałby tu pewnie wiele do powiedzenia. 
Zerwałam się, jakby się paliło. 
- Wstałaś! – ucieszył się mój syn i zaraz dodał: - Głodny. Jajko. Na mięko. Ugotujes?
- Wylałeś mi kakałko na głowę – stwierdziłam oskarżycielsko.
- Poduskę – uściślił.
Westchnęłam i spojrzałam przez okno, w mrok. Z lekka już rzednący, ale wciąż mroczny. Z mroku mrugnęło do mnie światełko.
Ciekawe.
Podeszłam o krok bliżej, starając się nie poruszyć firanką. To światełko nie było znajome. Nie było ani lampeczką zapalającą się nad drzwiami u sąsiadów, ani ognikiem papierosa Marcina, który o tej porze wracał z nocnej zmiany drukarni. Wyglądało raczej jak światło emitowane przez ekran. I faktycznie, za chwilę światło podjechało w górę i oświetliło kawałek czyjegoś policzka i czapki. 
Może ktoś się zabłąkał po nocnej imprezie i teraz próbuje się znaleźć.
- Mamusiu! Jajko! – przypomniał o sobie Józek.
- Już, już, patrzyłam przez okno – powiedziałam z rozpędu.
- Pacyłaś?
- Tak, bo tam było światełko – ciągnęłam niebacznie.
- Fiatełko? Zobacić! – w ekspresowym tempie wspiął się na łóżko, nadepnął ojcu na głowę, odsunął firankę i wyjrzał. A kiedy wyjrzał, światło w jednej chwili zgasło, a w szarówce przedświtu zamajaczyła przemieszczająca się szybko plama. Nie nadawała się do analizy, bo nie była symetryczna. Za to bardzo ludzka. 
Naprawdę ciekawe.
- Chodź, synu, ugotujemy to jajko – powiedziałam, w jednej chwili zapominając o kakaowym motylu.

***

- Stał pod domem i dzwonił, a potem pobiegł?
- Tak.
Mój mąż podrapał się po łopatce,  a potem wypił duży łyk kawy.
- Może dzwonił po taksówkę, a ona czekała kawałek dalej i pobiegł, żeby nie odjechała.
- Może – odparłam wymijająco, zgniatając butelkę po mleku.
- Może był kibicem Cracovii. I spieszyło mu się do domu.
No tak, sądząc po napisach na murach, chwilowo króluje u nas Wisła.
- Może.
Zgniotłam kolejną butelkę. I kolejną.
- Mama cescy.
- Nie tsesc, mamusiu.
- To butelka trzeszczy, nie ja – wyjaśniłam odruchowo.
- Ty też – powiedział mój mąż. – No dobra, dawaj tę teorię spiskową.
A skoro już to powiedział, czas na dygresję.
Jestem miłośniczką teorii spiskowych. Uwielbiam ich słuchać. Czasami sama nawet wymyślam swoje własne, zwłaszcza, wtedy, gdy w poczekalni u dentysty naoglądam się całodobowej telewizji informacyjnej. Albo, szukając materiałów do tekstu, trafię na jakieś dawno wymarłe forum internetowe. Fascynuje mnie ich niesprawdzalność, która powinna je obalać, a tymczasem cichaczem je potwierdza. No bo skoro spisek, to przecież nie jawny! Mój mózg odpoczywa przy tworzeniu teorii spiskowych. Poza tym każdemu należy się trochę rozrywki przy zmywaniu.
Ale tym razem wcale mi się to nie podobało.
- Żadna tam teoria spiskowa. Ginie sam wiesz co, ja, jak ostatnia idiotka, wrzucam w sieć rejestrację tej ciężarówki, potem miły pan nieudolnie mnie straszy, a na drugi dzień, bladym świtem, ktoś stoi pod moim oknem i ucieka, kiedy widzi ruch. 
- Luch. Widzi. Ja tes widze.
- Mamusiu, a co to jest łuch?
Usiadłam Kubie na kolanach i odruchowo napiłam się jego kawy. 
- Ruch to coś takiego – zamachałam ręką z kubkiem. Kilka kropel kawy spadło na podłogę.
- Jakiego? – Natalka lubi wiedzieć. Co gorsza, potem pamięta, co mówiłam, i zdarza jej się powtarzać to przy ludziach dorosłych z zaznaczeniem, że to cytat z mamusi, więc nie mogę mówić bzdur.
- Że jakaś rzecz nie stoi w miejscu, tylko się przemieszcza.
- Cemu? – sztandarowe pytanie człowieka w wieku lat dwóch.
- Bo może.
- Cemu?
- Bo ma na przykład koła. Auto się przemieszcza, bo ma koła.
- I silnik – sprostował Kuba.
- Cemu silnik?
- Bo nic lepszego jeszcze nie wymyślono, synu. 
- Cemu?
Och, Józefie.
- Gdyż ludzka wyobraźnia oraz kreatywność są zazwyczaj ograniczone z przyczyn fizjologicznych i środowiskowych też. Oraz genetycznych, prawdopodobnie. – przejęłam pałeczkę. - Rozmawiam z tatusiem, wiesz? 
Pomogło. Józek zamilkł, przyswajając nowe wiadomości.
- Łuch jak w lokomotywie! – przypomniała sobie Natalka. – Pała buch, koła w łuch!
- Dokładnie. Świetnie to wymyśliłaś. To co, zbudujecie z Józkiem dłuugi pociąg z klocków i przyjedziecie nim do kuchni?
Pobiegli.
Jest coś pięknego w tupocie małych stóp, które w sobotni poranek oddalają się od miejsca picia kawy. 

Po krótkiej i całkiem bezdzietnej naradzie ustaliliśmy, że kawę trzeba podgrzać. I że w sprawie mężczyzny, który dzwonił nad ranem, na razie nie robimy nic. Bo co można zrobić.
- Przecież nie zadzwonisz na policję i nie powiesz, że widziałaś przez okno faceta z telefonem.
- Mogłabym zadzwonić do tego Majewskiego. Młodszego.
- I co on ci poradzi? Przecież on też nic nie może. 
- Pocionk!
- Ciuch! Ciuch! Palabuch!
Wsadziliśmy więc towarzystwo w samochód i beztrosko pojechaliśmy na zakupy. Nie wiedzieliśmy wcale, że po powrocie będzie na nas czekała niespodzianka.

Pierwsza zauważyła niespodziankę Natalka. 
 - Kto to jest ten pan? – zapytała.
- Jaki pan? – zapytałam nieuważnie, zajęta analizowaniem paragonu. Kuba milczał, bo on z kolei był zajęty parkowaniem na jedynym wolnym miejscu odpowiednio dużym, żeby zmieściła się na nim Zafira. 
- Ten, co na nas ceka.
Spojrzeliśmy oboje na ganek.
Faktycznie, na schodach stał facet i patrzył, jak Zafira wciska się między opla i hondę. 
- Nie wiem, króliku, ale zaraz się dowiem – powiedziałam, po czym wysiadłam, nie dając Kubie czasu na reakcję. 
- To pan się rano gapił w moje okno?
- Proszę? – facet miał około czterdziestki, krótkie włosy w kolorze słomy i różowe uszy. Duże. Miał też ręce w kieszeniach i jakby trochę za luźną kurtkę. 
- Nie, nic. Na kogo pan czeka?
- Na panią. I nie, to nie ja gapiłem się rano w pani okno.
- A kim pan jest?
- Majewski – wyciągnął rękę, najpierw z kieszeni, potem do mnie. 
- Ach, to pan. Miło pana poznać osobiście. 
Kuba zatrąbił, więc odwróciłam się i pomachałam. 
- Niech pan chwilę poczeka, pójdę tylko wyjąć dzieciaki.

***

- Lysunki? Pokazać? 
Józek pełnił honory. Wyszabrował z szuflady stos rysunków i zasypał gościowi kolana, a potem pokazywał po jednym i zrzucał je na podłogę. Natalka otaksowała nieznajomego pana badawczym spojrzeniem, po czym oznajmiła, że idzie spać. Majewski siedział w fotelu i rozpaczliwie próbował sprostać wymaganiom, które stawiał mu młodociany artysta. 
- Bardzo ładne, sam rysowałeś?
- Talka.
- Talka?
- Talka. Sowała – Józek wciąż jeszcze z przejęcia zapominał o tym, że wymawianie pierwszych sylab bardzo ułatwia komunikację. 
- Wiesz,  a ja bym teraz chciał porozmawiać z twoją mamą.
- Nie.
Spojrzał na mnie wzrokiem dręczonego psa. Majewski, nie Józek, rzecz jasna.
- Józinku, będziemy teraz rozmawiać, wiesz?
- Nie.
- To przynieś wiertarę.
To niemal zawsze działa. 
Gość z ulgą pociągnął łyk kawy. My też milczeliśmy.
- Nie jest pani ciekawa, po co przyszedłem? – zaczął w końcu po dłuższej chwili.
- Może trochę.
- Mam dla pani nowe informacje.
- O czym?
- O naszej sprawie.
- No to niech pan daje i mnie nie trzyma w niepewności.
- Wpadliśmy na pewien trop. Czy robiła pani zdjęcia ciężarówce?
- Tak, robiłam.
- Mogę zobaczyć?
Odgrzebałam zdjęcie w telefonie. Przyglądał się przez chwilę uważnie. 
- Dziękuję. 
- Nie powie mi pan, o co chodziło?
- Miała charakterystyczne uszkodzenie na pace.
- Czyli ją macie?
- Nie. Mamy tylko trop.
Nasze próby przekonania Majewskiego, żeby zdradził szczegóły, nic nie dały. Dopił kawę, pożegnał się i poszedł.
- Gdyby coś istotnego się działo, tak jak ten mężczyzna rano, niech pani dzwoni bez wahania – powiedział jeszcze na do widzenia.
Spojrzeliśmy z Kubą po sobie.
- A nie mówiłam? 
- Miły facet. I że mu się chciało przyjechać. Mógł przecież zadzwonić.
Zadzwonić. Och, matko.
- Ale ja przecież nie mam do niego numeru! Majewski senior mi nie podał, a potem, jak dzwonił, nie zapisałam!
Kuba tylko na mnie spojrzał, a potem powiedział:
- Nie przesadzaj. Założę się, że znajdziesz ten numer w necie w trzy minuty.
Tak. Mój mąż zawsze wie, jak mnie zmotywować. Siadłam do komputera.
- Mierz czas – rzuciłam mu jeszcze przez ramię i obudziłam wujka Google.
- Trzydzieści sekund. Minuta. Półtorej. Dwie – liczył na głos Kuba.
- OK., zdaje się, że mam – kiknęłam w jeden link, potem drugi, weszłam na podstronę… - i zamarłam. 
- Co tam masz? – zaniepokoił się w końcu mój mąż.
- Sam zobacz – jęknęłam. – Jestem głupia jak but!
Kuba nachylił mi się przez ramię i już, już otwierał usta, żeby zaprotestować, kiedy zobaczył, co znalazłam.
Owszem, numer do policjanta Majewskiego, naczelnika Wydziału Kryminalnego w stopniu nadinspektora, wisiał sobie na stronie w dziale „kontakt”. Ale policja zmodernizowała ostatnio swoją stronę i obok każdego nazwiska umieściła zdjęcie.
A ze zdjęcia wynikało, że nadkomisarz Majewski był brunetem. 
Z wąsami i brodą. Schludnie i krótko przystrzyżonymi, jak przepisy każą. 
I w niczym nie przypominał mężczyzny, który przed chwilą opuścił nasz dom.
Popatrzyliśmy na siebie. 
- A może pomylili zdjęcie?
- Nie sądzę.
- A kto to jest, mamusiu? – zmaterializowała się nagle Natalka.
- Taki jeden pan – powiedziałam ponuro.

Przeczytaj odcinek trzeci



8 komentarzy:

  1. Atmosfera się zagęszcza.... Świetne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ho, ho! Ale wciągasz. Bravissimo!

    OdpowiedzUsuń
  3. ROBI SIĘ CIEKAWIE :) CZEKAM NA NASTĘPNY ODCINEK :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nareszcie mam, co czytać, nie musząc chować książki przed małymi łapkami! :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Szanowna MlodaMatko!
    Ile razy mozna czytac "Odcinek 2". No ile?
    Ze o "Matce na niedziele" nie wspomne.
    Z gory dziekuje za pozytywne rozpatrzenie mojej prosby.
    Sincerely yours.
    :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Haha :) Strasznie urocze ;) Chociaż kakałko by mnie ciutke chyba wyprowadziło z równwagi :) A jaki masz sposób na wakacje dla dzieci? ;) http://e-deklaracje2014.pl/pomoc-dzieciom/sposob-na-wakacje/

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...