sobota, 10 stycznia 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 1

Wiadukt nie był wysoki. Ale na tyle wysoki, żeby upadek z niego mógł skończyć się źle. Wiał halny, szarpał podartym bannerem reklamowym mało znanej szkoły językowej, ciężarówki dudniły na popękanym asfalcie i płoszyły mieszkające pod wiaduktem gołębie.
Natalka szła sobie spokojnie wzdłuż barierki. Tuż za nią szedł Józio. Nie sam, skądże. Towarzyszył mu kot. Kot ukochany, kot czasami nieodłączny. Dyndał za łapę i wyglądał, jakby mu się to podobało. Był szwedzki: być może szwedzkie koty tak mają.
Zwłaszcza pluszowe.

Szłam sobie tuż za moimi dziećmi, patrząc na przejeżdżające dołem samochody i hamując józiowe chęci pomacania każdego szczebelka barierki. Józio z kolei rozglądał się za patykiem, ale żadnego w pobliżu nie było, więc próbował bębnić w barierkę kotem. Kot nie był zachwycony. Józio też, bo liczył na jakiś dźwięk. Zatrzymał się w końcu i spojrzał w dół, bo coś jednak zadudniło.
Ciężarówka, oczywiście.
Duża i brudnoszara.
- Uważaj, Józek – powiedziałam nieuważnie.
I wtedy zobaczyłam, że w dół spada kot.
Najwyżej się przejechańca wypierze – pomyślałam, a mój umysł zaczął się już zastanawiać, jak zejść z wiaduktu w dół i z ruchliwej ulicy ściągnąć pluszowe truchełko, i to tak, żeby na ulicę nie wyleźli za mną Natalka i Józinek.
Niepotrzebnie. Kot bowiem wylądował na pace tej brudnoszarej ciężarówy.
Szlag!
Wyrwałam z kieszeni telefon, żeby zrobić zdjęcie rejestracji – przecież gdzieś się gość zatrzyma i może tego kota odesłać w paczce.
Tymczasem Józio stał, oniemiały, i patrzył, jak jego kot znika w oddali, coraz bardziej zlewając się z zakurzonymi pakunkami na przyczepie.
- Józio wyrzucił kota! – chlipnęła Natalka.
- Kot! – wykrztusił w końcu mój syn. – Dzie jest? Nie ma! Kot! Mój był!
Och, synu. Twój był, twój.
- Nie martw się, Józeczku, znajdziemy kota i przyjedzie do ciebie w paczce – powiedziałam.
- Kot! Mój! Nie ma! – Józek dopiero szacował rozmiary straty.
- Gdzie jest kot Józinka, mamusiu? Jak go znajdziemy? – och, to bezgraniczne zaufanie do rodziców.
- Kot pojechał na wycieczkę – powiedziałam, walcząc  z chęcią objechania Józka jak trzeba. Ale co mu będę nieszczęść dokładać. Już i tak jest biedny.
Popatrzyłam na dwie łzawe podkówki.
Czas na odwrót. Najlepiej przez cukiernię.

***

- Kot Józinka spadł i pojechał na wycieczkę, ale mamusia go znajdzie – oświadczyła Natalka zaraz po tym, jak weszliśmy do cukierni.
Józinek nie powiedział nic, bo wciąż szlochał rozpaczliwie w moich ramionach.
- Kooooot! Nieeeee ma!
Na widok oszklonej lady pełnej rozmaitych ciasteczek humor jakby nieco mu się poprawił.
Pani za ladą – na szczęście – okazała się być miła, kocia historia spotkała się z pełnym zrozumieniem oraz wsparciem w postaci ciepłych lodów, sztuk dwie, gratis. Do kompletu zaopatrzyliśmy się w dwa ciastka czekoladowe oraz sporego różowego paskuda, zwanego w Krakowie – w przeciwieństwie do normalnych części kraju -  napoleonką. Jeśli mam tego kota ściągnąć z powrotem, muszę mieć duży zapas energii, prawda? Miła pani użyczyła mi też bez zbędnych pytań długopisu i kawałka papierku do pakowania ciasta, żebym mogła zapisać sobie numery ciężarówki. Że miałam je już na zdjęciu w telefonie i do tego jeszcze w tym telefonie zapisane w charakterze notatki? A o co zakład, że zaraz po przyjściu do domu bateria padnie, a ładowarka nie znajdzie się przez następne dwa dni? Przezorny zawsze ubezpieczony.

Wróciliśmy do domu, pochlipując (Józek), dopytując (Natalka) i gorączkowo myśląc (któż by inny). Dzieci oznajmiły, że ciepłych lodów mają już dość, po czym – odplątane z upapranych szalików – rzuciły się na moją napoleonkę, zostawiając mi dwa uślinione i nie do końca opróżnione wafelki. Oraz ciastka czekoladowe. A ja zaparzyłam sobie porządny kubek kawy zbożowej i zaczęłam przeglądać listę kontaktów w telefonie.

Ach tak, zapomniałam:  jestem dziennikarką. 
Gdyby to był film sensacyjny, bohaterka zadzwoniłaby zaraz do swojego dobrego kumpla w policji, który raz-dwa sprawdziłby jej numery albo posłał w pogoń za ciężarówką ze dwa radiowozy. No cóż, to nie będzie film sensacyjny. Raczej parodia.

No to kogo my tu mamy?
Jestem, owszem, dziennikarką, ale moja ścieżka kariery nie zawiodła mnie nigdy do działu miejskiego. Ba, nawet do kryminalnego nie. Ale dla chcącego nic trudnego. A ja chciałam bardzo. Dlaczego? Bo ten nieszczęsny kot był szyty na zamówienie. Jedyny taki. Nie do powtórzenia. 
No dobra, trzeba podzwonić, póki moje dzieci świetnie się bawią różową mazią. Może dam im jeszcze posypkę do pierniczków i zyskam dodatkowe pięć minut?
Dałam.
A potem zaczęłam żmudną procedurę poszukiwania jednego choćby policjanta, który sprawdzi dla mnie tę cieżarówkę. Wszystko jedno, legalnie czy nie.

***

Piętnasty znajomy okazał się strzałem w szóstkę. W szóstkę, bo sam nie miał nic wspólnego z policją, za to przyjaźnił się z emerytowanym policjantem. Kiedy już przestał się śmiać z moich skrótowych, kocich wyjaśnień, podał mi numer.
- Powołaj się na mnie. I nastaw się na to, że niekoniecznie będzie miło. 
Miło, niemiło, byle było. Wysłałam dzieci do łazienki z nadzieją, że trochę się umyją i przy okazji zajmą czymś na jeszcze jedna chwilę, po czym wybrałam numer eks-policjanta.
- Halo – burknął niemiły głos w słuchawce.
- Dzień dobry, czy rozmawiam z panem Majewskim?
- A o co chodzi?
O numer ciężarówki, która uprowadziła pluszowego kota mojego syna. Ale tego ci na razie nie powiem przecież.
- Mam pana numer od Zbyszka. Mówił, że będzie pan mógł mi pomóc – poszłam va bank. Grunt to dobre nastawienie.
- Jakiego Zbyszka?
Wyjaśniłam.
- A pani skąd go zna?
- Ze studiów.
- Mamusiu, zrobiłam kupę!
Nie było lepszego momentu, co?
- Oddzwonię do pani za chwilę – wykorzystał perfekcyjnie okazję Majewski.
- Ale nie trzeba… - no cóż.
Zdążyłam wytrzeć małą pupę i umyć ręce, kiedy telefon zadzwonił.
- Majewski – burknął głos.
- To miło, że pan oddzwania – trochę wersalu nigdy nie zaszkodzi.
- Zbyszek potwierdza. No to co to za sprawa?
O mamo. Przecież nie będę mu kłamać, skoro ma mi pomagać.
- Czy jest pan w stanie sprawdzić dla mnie właściciela jednej ciężarówki?
- Po numerach?
- Po numerach.
- Nie jestem. Ale mój syn może.
- Czy mogłabym dostać do niego…
- Sam zadzwonię. Inaczej, jak ojciec prosi, inaczej, jak obca baba, nie?
- Skoro pan tak twierdzi.
- A po co pani ten numer?
- Bo na dach ciężarówki spadło mi coś bardzo cennego i chciałabym to odzyskać – wyjaśniłam uprzejmie. Sama prawda.
- Pani da ten numer.
- Mamooooo! Józinek zjada mydło!
- Ile pani ma tych dzieci? – zapragnął nagle wiedzieć Majewski.
- Tylko dwójkę. Dyktować?
- Ja mam piątkę. Dwójka to nic. Niech mu pani zabierze to mydło, bo dostanie sraczki. Poczekam.
Oho, przełamujemy lody.
Wkroczyłam do łazienki.
- Oddaj mydło, Józek.
- Nie dam! Nie dam! Moje!
Dwulatki, psiakrew.
- No to daje pani ten numer?
Jedną ręką zabrałam Józinkowi mydło, drugą podałam szczoteczkę do zębów (nie ma to jak trochę zdrowej rozrywki),trzecią ręką nałożyłam pasty, a czwartą gmerałam w kieszeni  w poszukiwaniu tego świstka z cukierni.
Podyktowałam.
Afera mydlana wygasła samoistnie.
- Oddzwonię – rzucił lakonicznie Majewski i się rozłączył.
Ale nie oddzwonił tak szybko, jak się spodziewałam. Weszłam więc do Internetu i zaczęłam wrzucać zdjęcie i numer rejestracji wszędzie tam, gdzie mi podpowiedział wujek Google. Im więcej osób wie, tym większa szansa, że znajdzie się zguba.

A potem zrobiła się jedenasta i Józek stwierdził, że idzie spać.
Z kotem.
Gdzie kot?
Nie ma!
- Może pójdziesz spać z żyrafką? – pytam, chociaż wiem, że to bez sensu.
- Nieeee! Kota! Ce kota!
- Może weźmiemy innego kota?
- Nieeee! Mój!
Szlag.
- Weź sobie, Józinku, mojego kota – ofiaruje się Natalka. Jej rudzielec czekał grzecznie w domu, grzejąc łapy na kocyku.
- Nieeee cem! – odpycha rudzielca Józek, odrzucając siostrzaną ofertę miłosierdzia.
Przytulam małą kupkę nieszczęścia. Przejęta Natalka oświadcza, że ona też jest zmęczona i będzie spać. Robimy jeszcze ogólne kakałko, opowiadamy sobie parę wierszyków – jak to jednak dobrze znać wierszyki na pamięć! Ledwo lokomotywa zaczęła ruszać jak żółw ociężale, spłakane powieczki mojego dziecka młodszego zaczęły się zamykać.
I wtedy właśnie zaczął dzwonić telefon. Niewyciszony.
Pierwsze rodzicielskie prawo Murphy’ego: jeśli czekasz na ważny telefon, zadzwoni dokładnie wtedy, kiedy twoje dziecko zacznie zasypiać.
Odbierać? Nie odbierać?
Wizja ponownego usypiania rozmarudzonego Józinka zdecydowała za mnie. Natychmiast.
Pociąg dojechał do końca ostatniej zwrotki, oba smoki zasnęły słodko, jeden z kotem, drugi bez. Kiedy ostrożnie wyplątywałam się z kocyków i małych odnóży, telefon zaczął dzwonić znowu.
No chwilę, chwilę!
Dopadłam w końcu drania.
- Halo?
- Podobno szuka pani ciężarówki.
Majewski junior miał jakby milszy głos.
- Tak, zgadza się.
- To naprawdę tak ważne, żeby naginać przepisy?
- Nawet ważniejsze.
- A może opisze mi pani całą sytuację?
Chętnie, proszę pana. Uwielbiam się kompromitować przed obcymi, zwłaszcza policjantami.
Wzięłam głęboki wdech.
- No więc chodzi o kota.
- Żywego? – ach, ten wystudiowany brak zdziwienia.
- Nie, martwego. To znaczy – pluszowego. Mój syn upuścił z wiaduktu swoją ulubioną zabawkę, a ona spadła ciężarówce na plandekę.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Przecież nie wymyśliłabym tego.
- Ludzie różne rzeczy wymyślają, proszę pani.
- A ma pan ten numer?
- Mam.
No, przynajmniej tyle!
- I kto jest właścicielem? Można się z nim skontaktować? Jak mam to zrobić?
- No więc wiem,  kto jest właścicielem. Problem w tym, że to niewiele pomoże.
- Dlaczego?
- Bo dzisiaj rano właściciel zgłosił, że ciężarówka została skradziona.
No nie. Cholera jasna – pomyślałam, ale najwyraźniej na głos, bo policjant Majewski junior dodał pocieszającym tonem:
- Nie pani jedna szuka tej ciężarówki. Szanse rosną. Kot się znajdzie, zobaczy pani.
Och, matko. Śledztwo w sprawie pluszowego kota, co?
Podziękowałam uprzejmie, dodając, że będę niecierpliwie czekać na telefon w tej sprawie.
Kradziona. Ależ miałeś wyczucie, synu.

Godzinę później telefon zadzwonił znowu. Odebrałam po pierwszym sygnale, z nadzieją, że w sprawie kota. I rzeczywiście.
- To pani szuka kota? – zapytał miłym głosem mężczyzna po drugiej stronie.
- Tak, to ja. – Powiedz, gościu, że go znalazłeś! Proszę!
- To niech pani przestanie.
- Słucham?
- Słyszy pani dobrze. Niech pani nie szuka kota, ani ciężarówki, w ogóle niech pani zapomni o sprawie. Najlepiej zaraz.
- Nie powinien pan chrypieć i mówić basem? – zapytałam zaczepnie.
- Że co? –chyba go z lekka zatkało.
- No, na filmach, jak straszą, to zazwyczaj dzwoni facet z chrypką albo przynajmniej stara się być groźny – wyjaśniłam lekko.
- To nie jest film – wyjaśnił facet, sam jakby zdziwiony, że ze mną rozmawia.
- Wiem. Inaczej moje dziecko płakałoby cicho i przez dziesięć sekund ujęcia. To jest życie, a ja chcę kota z powrotem. Ciężarówka mi niepotrzebna, kota poproszę w paczce. Będę bardzo wdzięczna. Skoro ma pan telefon, to adres pewnie też. Jeśli nie, chętnie podam.
Facet jakby się zakrztusił, a potem rozłączył.
Drań.




8 komentarzy:

  1. Och Matko, jak ja rozumiem! Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział. W jaki dzień tygodnia można monitować?

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście, zapachniało trochę Chmielewską. A Chmielewską uwielbiałam zawsze - szkoda, że już więcej nic nie napisze :(
    To czekam z niecierpliwością na to, co będzie dalej. Świetny pomysł z zaangażowaniem Młodej Matki w śledztwo. :))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale historia, lecę na druga część. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. O rety, spłakałam się ze śmiechu, uwielbiam to!

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...