piątek, 2 stycznia 2015

Siedem marzeń, którymi się z Wami podzielę

Kiedy byłam mała, ale nie całkiem, czytaliśmy "Misia". Co prawda dla mnie był prenumerowany "Świerszczyk", ale Misia podczytywałam rodzeństwu i tak, spragniona słowa pisanego jak jarmużu bedłki. W Misiu była rodzina Misiaków, a w niej - Misiaczek. Misiaczek w którymś odcinku biadolił, a wujka W., który był wtedy w wieku odpowiednim, szalenie to śmieszyło i hasło "biadoli Misiaczek" stało się sygnałem rozpoczynającym głupawkę.


Siedzę sobie teraz przy komputerze, rozpylona mgiełka z maseczki inhalatora układa się na słońcu w różne śmieszne kłębkochmurki, to samo słońce bawi się szybą, którą przed Świątami babcia I. przetarła chusteczką nawilżaną, żeby rzeczy szły do przodu, ale rzeczy nie poszły, a konkretnie okno nie umyło się samo i teraz przez esy-floresy przeświecają styczniowe promienie południowego słońca. Zdążyliśmy im już zrobić zdjęcia, zafascynowani tym zjawiskiem graficznym, ale umyć - nie.

Zaczął mi się nowy rok i jestem w nastroju refleksyjnym. Oraz nieco poetyckim, bo skończyłam właśnie czytać nowego Cejrowskiego. Który poetycki jest, a jak. Więc dzisiejszy wpis to będzie raczej esej o rzeczywistości, efemeryczny i nieco rozkojarzony, bo jak jestem chora, to trudno mi się skupić przy pisaniu i jednczesnym słuchaniu dwóch różnych zestawów dźwięków. A dźwięki są nie do wyłączenia.
Więc trochę biadolę. Jak Misiaczek.



Pierwsza refleksja noworoczna jest taka, że nie chce mi się nic zaplanować.
Plany błąkają się po tyle mojej głowy, wyglądają czasem, przypominają się, robią hałas, próbują się same doprowadzić do realizacji. I nic. Bo nie chce mi się wziąć kartki. Wspominałam już, że bez kartki nie jestem w stanie planować? Zwykłej kartki i długopisu albo ołówka. W głowie nie mogę, w edytorze tekstu nie mogę. Na kartce. Wtedy dopiero plany zaczynają być prawdziwe - kiedy je zapiszę.

A jak zapiszę, trzeba przejść do punktu drugiego, czyli rozpisania ich na małe kroki.
Bo co z tego, że w 2015 roku zamierzam napisać książkę. W 2014 roku też zamierzałam, policzyłam sobie, że jeśli będe pisała stronę dziennie, na grudzień ksiażka będzie, zrobiłam risercz, dopracowałam fabułę, zostawiając sobie przestrzeń wolności, żeby się nie znudzić. Policzyłam, przygotowałam, ba! zapowiedziałam publicznie - i nie napisałam. To znaczy napisałam trzydzieści stron. 

Wiecie, dlaczego?
Bo nie znoszę małych kroków.

Nie jestem systematyczna. Nigdy nie byłam. Nigdy nie będę, i mówię to z pełną świadomością. Nie mam systematyczności wpisanej w CV, bo nię będę kłamać. Mam zupełnie inny system pracy. Jak coś robię, to od początku do końca - albo wcale. Wcale oznacza, że zaczęta rzecz leży sobie i czeka, aż ją dokończę na święty nigdy. Czy też raczej na święty Dygdy, co go nie ma nigdy. Jak coś zaczynam, to przy tym siedzę, choćby po czternaście godzin dziennie. Siedzę ciurkiem, aż skończę.
Codzienne uczenie się trzech słówek?
Zapomnijcie.



Tak, wiem, że definicja systematyczności jako stałego wykonywania jednej czynności w stałych - i małych - odstępach czasu jest dyskusyjna, ale zazwyczaj jednak trafna.W zeszłym roku zastanowiłam się rzetelnie, dlaczego tak nie potrafię. Bo u innych mi się to podoba - i działanie, i efekty, a u siebie - ni cho.. ho.
Otóż to jest nudne.
Nudne jak nie wiem co, a siedzę już dobrą chwilę i szukam porównania. Bo mało jest rzeczy tak nudnych jak myśl, że dzisiaj trzy słówka, jutro trzy słówka, pojutrze trzy słówka i będzie rozmówka. Efekt kuszący, ale wykonanie - na samą myśl mi się nie chce.

I to jest właśnie sedno sprawy.
Chcenie - lub niechcenie.

Wydaje mi się, że chcę pewnych rzeczy.
Wydaje mi się, że systematyczność mnie do nich doprowadzi niechybnie, jak najlepszy GPS.
Chcę wreszcie nauczyć się fracuskiego do końca, żeby do końca życia nie zaskakiwać ludzi piękną wymową frazy "Nie mówię po francusku". Ale tak naprawdę nie chce mi się uczyć. Chciałabym od razu umieć. A nie jestem aż tak zdeterminowana, żeby zacząć. Myślę sobie, że chciałabym, nic z tym nie robię, i tylko mnie frustruje, że nic z tym nie robię, a czas mija.
Albo chcę szyć. Mam wykroje, nałogowo kupuję w lumpeksie różne ciuchy nadające się do przeróbki, kolekcjonuję guziki i koraliki, mam nici w każdym kolorze. Kiedy już wreszcie coś uszyję, wszyscy - zachwyceni - pytają mnie, czemu u licha nie zacznę na tym zarabiać.
Bo nie.
No dobrze.
Bo wiem, ile pracy trzeba włożyć we własny biznes, który opiera się na rzemiośle, że na nic innego nie starcza już czasu i nie chcę, żeby tym czymś było akurat szycie. Traktuję je jak hobby. Jak miłą odskocznię, jak relaks od czasu do czasu.
Mój zasadniczy kłopot polega na tym, że za co się nie wezmę, idzie mi dobrze. I nikt nie wierzy, że robiłam to pierwszy raz. Zaczynam się więc czuć, jakbym mogła wszystko. A to nieprawda, bo żeby osiągnąć poziom mistrzowski, trzeba połączyć talent z ćwiczeniem i doświadczeniem. Sam talent nie wystarczy, trzeba go pomnażać. A pomnażać wszystkiego na raz się nie da, kiedy ma się dwójkę dzieci, męża, mieszkanie do ogarnięcia, pracę i bloga.



Właściwie to jest jeszcze inaczej.
Rzeczy dzielą się na takie, które chcę robić, i na takie, które robię.

Te, które chcę robić, planuję, wymyślam, dopieszczam w głowie, ulepszam i poprawiam. I nie realizuję.
Te, które robię - robię.
Po prostu siadam i robię. Albo idę i robię.
W ciągu mojego coraz dłuższego życia interesowało mnie mnóstwo rzeczy. I zawsze zostawały mi z nich dwie. Pisanie i fotografia. Ach, no i jeszcze pieczenie. Więc trzy. Teksty, zdjęcia, ciasto, któremu nikt nie może się oprzeć. Jestem urodzoną blogerką kulinarną. Niepraktykującą.
To są rzeczy, które po prostu robię. Ot, tak. Nie przygotowuję się do robienia, tylko robię i już.
Niezależnie od tego, czy postanowię, że będę je robić, czy nie.





Druga refleksja noworoczna jest taka, że zawsze chowałam plany w zanadrzu, nie afiszując się, bo a nuż nie wyjdzie i będzi wstyd. W ciągu ostatnich pięciu lat tyle rzeczy mi nie wyszło, że przestałam mieć z tym problem. Gorycz porażki - smak codzienności. Dlatego zdradzę Wam, co chciałabym w tym roku robić tutaj - w tej przestrzeni, która jest moja i Wasza, na tym kawałki internetowej prerii (panie Cejrowski!). Bez obietnic. Bez terminów. Po prostu podzielę się z Wami marzeniami na ten rok.

Książka. Pomysł łazi po mnie od paru lat i chyba wreszcie dojrzał. Chcę pisać na blogu książkę: powieść sensacyjną z Młodą Matką w charakterze głównej bohaterki. Powieść sensacyjna to termin szeroki, więc uściślę: skrzyżowanie Chmielewskiej i Ludluma. Z domieszkami. Jeden odcinek tygodniowo, niezbyt długi, pięć do ośmiu stron. W formie otwartej dla czytelników. 

Newstletter. Żeby Wam przypominać o książce. Oraz o innych fajnych rzeczach z mojego bloga.
Raz na dwa tygodnie zapewne.

52 książki. Czyli jedna na tydzień - przeczytana. I zrecenzowana na blogu. Bo czytam za mało, a winny jest internet. Więcej książek, mniej fejsa, ot, co.

Znowu książki.  Czyli czwartkowy cykl o książkach dla dzieci. Wypasiony taki, z wywiadami, reportażami i tak dalej. Robiony po dziennikarsku.

Środa pstryk! To się w zasadzie już dzieje, ale chciałabym w ten cykl więcej zainwestować i zachęcić Was do współpracy w postaci wyzwań fotograficznych czy jak tam to zwał. W planie jest Blogowa Szkoła Fotografii. A co. Jak z rozmachem, to z rozmachem.

Pstryk w terenie. Portrety blogerów i blogerek, a jakże. Takie bardziej kreatywne i reportażowe też.

Bardzo Dobry Blog Award. Żeby ożył. Kandydatów mam sporo, więc chcę wyróżniać jeden blog w miesiącu. Od zaraz. Bo na to zasługują. 

Jest też projekt wielkopostny i projekt śledczy, ale te na razie pozostaną tajemnicze. 


No i teraz mogę śmiało powiedzieć, że dzieląc się z Wami tym wszystkim, wyszłam poza swoją strefę komfortu. Nie znoszę tego określenia. Bolesny slogan. Pojawiający się ostatnio wszędzie i w nadmiarze. Dla mnie  to urodzenie dziecka było jednym wielkim wyjściem ze strefy komfortu. I zdaje się, że już nigdy się do niej nie wrócę w ten sam sposób. Przypuszczalnie dlatego, że zmieniła mi się definicja komfortu. Widziałam, jak moje życie staje na głowie, potem znowu na nogach, ale przypomina to raczej stanie na nogach na lodzie, w ostrych łyżwach, które ma się na nogach pierwszy raz. Niby stoję, ale wszyscy wiedzą, że potrwa to niedługo. 

Dlatego już nie obawiam się dzielić planami. Bo wiem, że misternie opracowany system ich realizacji nigdy, przenigdy nie weźmie pod uwagę wszystkich przeszkadzaczy. A one się włączą. Tego jestem pewna jak mało czego. Od kiedy mam dzieci, wiem, że to nieuniknione. Ale to nie znaczy, że zaczęłam się bać porażki i nic nie robić. O, nie. Poprzeczka wysoko, kolekcja porażek trochę jak kolekcja medali za odwagę. 


Witaj, nowy roku. Rozgość się. I nie przeszkadzaj. 

Dobrego roku Wam życzę.



















To zdjęcie potrzebuje opisu. Moja mina - naraz zachwycona i przerażona - dobrze oddaje noworoczny stan. Tyle czasu do zmarnowania! Tyle okazji do wykorzystania! 
Pstryknął ojciec dzieciom, oczywiście. 

8 komentarzy:

  1. Noooo wyzwanie spore - trzymam kciuki żeby wszystko się udało!
    pozdrawiam serdecznie!

    mycaffetime.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. znam to :) albo nie robię czegoś albo cała się w tym zatracam :) równiez trzymam kciuki za wytrwałość i dążenie do upragnionego celu!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, żeby mi się tak chciało, jak się nie chce!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękujemy za podzielenie. Trzymamy kciuki za realizację marzeń. Ja najbardziej kibicuję powieści!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tez tak mam. Dopoki sie nie zabiore, dobrze mi idzie.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakoś tak gdzieś blisko mi do Ciebie. Trzymam kciuki za Twoje plany i ich realizacje. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Z systematyką jest troszkę tak jak z powtarzaniem tego samego scenariusza w ciągu 365 dni w roku....nawet najlepszy, w końcu stanie się nudny. Chodź uczciwie przyznaję że czasem rutyna daje mi poczucie bezpieczeństwa i pozwala opanować Przychówek ;)

    Postanowienie noworoczne to dla mnie ryzy w których trzymam marzenia...może nie trzy słówka dziennie, a ustanowienie żelaznej daty, do której uporasz się z nauką nowego języka ?

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny tekst! Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem i czekam na więcej. Czekam na książkę i czekam na fotki. I szczerze zazdroszczę, że czego się nie dotkniesz to idzie - u mnie niestety różnie z tym bywa i bardzo mnie to wkurza ;) :) Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...