wtorek, 16 grudnia 2014

Bez rozumu ani rusz

Wyłączony rozum generuje straty.
I wkurza.
Znacie? No to posłuchajcie.


Dopadł mnie wirus. Z tych paskudniejszych.
Wirusy jakoś tak na mnie wpływają, że mózg zaczyna mi pracować na zwolnionych obrotach. Jestem niedecyzyjna, nie mogę pisać - głupieję po prostu. A to frustruje, i to jeszcze jak!

Na przykład poszłam do apteki.
Pytam o coś, co mogłoby zastąpić specyfik na zatoki itp, którego przy karmieniu nie można.
Pani się zastanawia, w końcu mówi - tak, jest coś takiego, właśnie przy karmieniu można. 
Biorę.
Zaczynam nawet zaglądać w ulotkę, bo na opakowaniu ani słowa, ale za mną kolejka, pani nie za bardzo zadowolona - skoro to farmaceutka, to chyba wie.
Pytam jeszcze o jakiś ziołoty zamamiennik mucosolwanu dla Witulka. W pamięci majaczy mi syrop z babki lancetowatej. Mówię przy tym, że Witulek ma lat - dwa.
Jasne, może być, zioła działają łagodniej niż chemiczne odpowiedniki, luz.

W domu zerkam w ulotki, bo jednak wolę wiedzieć.
Syrop z babki lancetowatej jest na etanolu. Od szóstego roku życia. 
Specyfik dla karmiących jest nie dla karmiących. Albo lek, albo karmienie, a zdecydować powinien lekarz.
Noż cholera jasna.


Na przykład poszłam do Lidla. Po spody do tortu, bo pieczenie biszkopta [biszkoptu? dzisiaj nie wiem], z wirusem, w moim piekarniku przekracza moje możliwości o tysiąc procent.  Przy okazji prezencik dla Witulka. O, klocki. O, fajne. I jeszcze rzodkiewka, i to, i tamto.

Przy kasie wyszło jakoś dużo, trochę się zdziwiłam, ale w końcu jestem chora, czuję się kiepsko, z liczeniem też pewnie nie najlepiej. Wychodzę i po drodze sprawdzam paragon.

Klocki. Taaak. Dwadzieścia pięć procent drożej, niż na sklepowej metce półkowej.
Wracam, zgrzytając zębami.
Pan ochroniarz idzie ze mną - od początku już wie, w czym problem. Czyli pewnie nie ja pierwsza się nadziałam. Bo to inne klocki są. Co z tego, że nazwa taka sama. Zostały dwa pudełka, więc wciśnijmy je pod cenę-przecenę, a kto się tam zorientuje. I faktycznie, gdybym robiła większe zakupy, to bym się nie zorientowała za nic. 
Mówię, że chcę zwrócić.
Tak, owszem, w kasie, bez kolejki.

Idę do kasy. 
Mówię, że zwrócić, że bez kolejki.
Pani w kasie na to, że może jednak zaczekam, bo tu kolejka, klienci czekają, oni się muszą zgodzić.
Ach, doprawdy.
Czyli klienci decydują o procedurze zwrotu. A klienci oszukani przez sklep już się nie liczą w kategorii "klienci", bo klient pieniądze zostawia, a nie zabiera.

Nie chce mi się polemizować, podaję jej to pudełko z klockami. I już. Pani klientka stoi i mentalnie sapie. Pani na kasie krzywi się, bo mogłam przeczekać dwie panie. Mówię, że tyle razy kogoś przepuszczałam, że raz mogę sama z tego skorzystać. Pani klientka krzywi się, jakby ją ząb bolał. Cóż.

Pytam, czy zwrot na kartę, czy gotówka - skoro płaciłam kartą.
Pani mówi, że nie ma różnicy, ale ona woli na kartę, bo ma mało drobnych.
Ok.
Zabieram potwierdzenie, zastanawiając się, czy te pieniądze w ogóle do mnie trafią.
Pani zamiast "do widzenia" mówi:
- Do trzech dni powinno być uznanie na pani koncie.
Do trzech dni. I teraz mi to mówisz? A gdyby to były moje ostatnie pieniądze, to co?
Ech.

Na przykład  jedziemy z dziećmi do lekarza. I ze mną też.
Joaśka ma wirusa i małe zmiany w oskrzelach. Bardzo nieduże, trzeba się uważnie wsłuchać.
Pani doktor proponuje Klacid.

Klacid!
Antybiotyk o szerokim spektrum, morderca do wybijania na przykład paciorkowców, na wirusa!
Dorośli mają po nim bóle głowy, nudności i ogólnie hardkor. A Joasia ma trzy i pół roku. Nie mówiąc już o tym, że podanie antybiotyku u dziecka do lat ośmiu, czyli takiego z niewykształconym układem odpornościowym, powoduje "skasowanie" odporności na trzy miesiące.
Czyli przez całą zimę będzie łapać wszystko.
Klacid, psia jego mać.

Mówię uprzejmie, że tak, ostatnio też proponowała Klacid,  i że go wtedy nie podałam, a Joaśka w parę dni wróciła do zdrowia. I że może jednak nie antybiotyk, bo przecież to wirus jest.
- No, ale to musiałaby pani przyjść z nią do osłuchania. 
No oczywiście, że wolę przyjść do osłuchania!
I zamiast Klacidu dostajemy mucosolvan do nebulizacji. 

Przynajmniej z jednej walki wyszłam dzisiaj zwycięsko.
Głupi mózgu, zacznij działać. Bo cię obciążę kosztami.

A tutaj znajdziecie zaległa matkę na niedzielę.

6 komentarzy:

  1. Masakra nie??? Moja córka dostała antybiotyk na anginę - pierwszy raz spotkałam sie z tym, że ma on przyjemny smak - malinowy!!!! CECLOR się nazywa i po pierwszej dawce było widac różnicę :) Zdrowia zyczę!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja myślę, że Twój mózg pracuje jak trzeba, nawet w chorobie;). A brak kompetencji i odpowiedzialności to choroba naszych czasów , niestety.... Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  3. W sklepie, to trzeba być skoncentrowanym na 10000%. A jeśli chodzi o aptekę i to, co lekarze przepisują, to mnie to wkurza wyjątkowo. My mamy np. już dwa pudełka specyfików medycznych. I ciągle dokładamy nowe, bo co lekarz, to ma inne ulubione medykamenty i takie przepisuje. W końcu zrobiłam listę - wisi na lodówce, mamy też na telefonach, i w razie czego będę pytać lekarza, czy nie może być to, co już mam. ;)
    A nebulizacją jestem zachwycona. :)
    Zdrowiejcie! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas też Zochacz ma zapalenie oskrzeli. I też wirusowe. Ale nasz pediatra rozsądny i zamiast antybiotyku zaordynował bańki.

    Zdrowia życzymy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Współczuję i zdrowia dużo życzę. Wszystkim po kolei i każdemu z osobna.

    OdpowiedzUsuń
  6. To nie z Twoim zawirusowanym mózgiem jest coś nie tak.To takie czasy nastały, że trzeba się ciągle, wszędzie pilnować. Każdy chce zrobić na Tobie biznes i wykorzystuje wszelkie możliwe zagrywki. Chociaż szczerze powiem - Pani farmaceutka to jakaś masakra. Przecież to nie jest zwykły sprzedawca, tylko osoba która musi mieć odpowiednie wykształcenie żeby sprzedawać leki. I jak się ma do tego informacja na ulotce "poradź się farmaceuty"? Jak on albo się nie zna, albo próbuje wcisnąć lek na siłę byleby zarobić... Zdrowia życzę! :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...