środa, 26 listopada 2014

Ciastolina!


W sklepie - sześć małych pojemniczków za dwie dychy. O nie, dziękuję bardzo. Wolę zrobić sama. Do tego frajda przy wspólnym wsypywaniu, mieszaniu i wybieraniu kolorów - bezcenna. 

Zaczynam od wrzucenia wujkowi Google pytania o przepis. Wyrzuca mnóstwo, ale większość trzeba gotować. To dla nas zdecydowanie zbyt długo, no i dzieciaki nie mogą do końca uczestniczyć w procesie produkcji. W końcu znajduję odpowiedni - na blogu (gdzieżby indziej) kreatywnik. bloog.pl .

Dla tych, którzy nie przeszli szkolenia aptekarskiego, podaję wyraźnie:

2 szklanki mąki pszennej
1 szklanka soli
2 łyżki oleju
2 łyżki proszku do pieczenia
1, 5 szklanki wrzątku (świeżego)
1 łyżka barwnika.

W roli barwnika może wystąpić kilka różnych rzeczy. Barwniki spożywcze w proszku i w płynie (swoją drogą zaczął się handlowy sezon świąteczny i można wreszcie barwniki kupić w sklepie na żywo, nie tylko na aukcji). Farby plakatowe dla dzieci, ponoć nietoksyczne. Barwniki naturalne - z buraków, kapusty i kurkumy na przykład. 



I zaczynamy. Joasia wsypuje mąkę,Witulek sól. Dzika radocha - wsypywanie jest najfajniejsze. Potem obowiązkowo runda maczania łapek w produktach sypkich. Olej, mimo mojej wizji odtłuszczania połowy kuchni, wlewamy jednak na spółkę. Przy proszku do pieczenia nie daję się przekonać i dodaję sama. Wrzątek też. Po wymieszaniu masa wcale nie jest tak gorąca, jak by się wydawało. Zagnieciona, dobrze odchodzi od rąk. 





Dzielę na kawałki - szalejemy, kolorów będzie osiem. Asia szykuje pojemniczki z farbą, decyduje, ustawia, otwiera. Witu też chce, ale to jest zadanie dla dużych dzieci i musi obejść się smakiem - słonym. Paskudnym, ale nie bedzie mu to przeszkadzało, jak zwykle. 




Jak się okazuje, farby, które mamy, to nie plakatówy, ale takie do malowania rękami. Delikatne kolory, jakby rozwodnione. Nie farbują tak ładnie, jakbym chciała - a przynajmniej nie wszystkie. Łyżeczka farby na jedną ósmą "ciasta" to trochę za mało. Przeszukuję kuchnię - chowałam tu kiedyś plakatówkowe prohibity. Są: farbki w tubce, pamiętające czasy mojego kółka plastycznego. Trochę nie dowierzam, że to było tak dawno temu. Kolory lepsze. Zagniatam. Asia też chce. Witu też chce. Zagniatają zagniecione.




















A potem możemy wszystko. Dzieciaki będą się bawić cały dzień - i jeszcze pół następnego, sprzątania, o dziwo, wcale nie bedzie tak dużo, a rozparcelowanych tu i ówdzie wyschniętych kawałków nie szkoda wyrzucić. Same plusy. 






























Wiecie, co mi się wydaje najważniejsze przy takich zabawach?
Żeby nie były obliczone na efekt, tylko na proces.
Robimy misia? Proszę bardzo. Wyszedł pięknie? To świetnie. Burzymy misia i robimy z niego wspaniałą kulkę? Jeszcze lepiej. Nie ma co żałować, że miś nie został dla potomności. Tworzenie i niszczenie to dwie lekcje - i zdaje mi się, że obie tak samo ważne.


20 komentarzy:

  1. Super pomysł. Dzięki! Piękne te kolorki Wam wyszły.

    OdpowiedzUsuń
  2. WOW!!!!! takie proste a tyle frajdy!!!!! świetnie Wam to wyszło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      To mnie właśnie zachwyca w tej ciastolinie - wykonanie zajmuje pięć do siedmiu minut.

      Usuń
  3. Masz racje ważna jest dobra zabawa i nie ważne czy to potem zostanie zniszczone. Kolorki wyszły naprawdę super :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Fantastiko! I rzeczywiście, chodzi o proces nie o efekt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przyznam Ci się, że potrzeba efektu wciąż jeszcze czasem gryzie mnie... mniejsza w co :)

      Usuń
  5. ale czad !!!!! Jestem zachwycona :)) Szczerze mówiąc nawet nie wiedziałam, ze można zrobić samemu :))) Gdzie ja się uchowałam :)) Ale fakt, sam proces jest najlepszy, najfantastyczniejszy - i to, że razem :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też na to wpadłam niedawno, na szczęście internet jest pełen przepisów. I teraz jesteśmy niemal uzależnieni:)

      Usuń
  6. Super! A gdzie można kupić takie fajne foremki z uchwytem? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiam się - i nie wiem.
      Może one były z gazety?
      Skleroza. Ech.

      Usuń
  7. Wyszło świetnie! Fajne fotki, fajny post, fajna nauka :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Też lubimy, chociaż u nas mąka "na oko", przegotowana ostudzona woda "na oko", trochę soli, i: kurkuma, koncentrat na barszcz albo barwnik spożywczy, potem odkurzanie. "Skamienieliny" zdarza się znaleźć w dziwnych miejscach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie na oko jeszcze nie wychodzi. A te farby to dlatego, że pierwszym razem nie miałam nic - ani kurkumy, ani buraka, ani barwnika. Więc improwizowałam:)

      Och, tak. Ale najgorsze jest wdepnięcie po ciemku w jeszcze plastyczny kawałek. Dodam, że po domu chodze zazwyczaj boso :O

      Usuń
  9. Super jest Twój sposób na ciastolinę, szalejemy z nim od wczoraj :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też! :) Dzieciaki zrobiły sobie na przykład lody... na śrubokrętach tatusia. Kreatywność czterysta procent.

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...