czwartek, 23 października 2014

Parentingi sponsorowane - czy to się jeszcze da czytać?

Zwiedzam ostatnio w nielicznych wolnych chwilach blogi innych mam. Patrzę sobie, jak ewoluują. Bez trudu mogłabym wskazać szablon sezonu i jeszcze bloga, na którym pojawił się jako pierwszy. Tak, wiem, Kominek ogłosił rok 2014 rokiem blogów parentingowych. Więc trzeba to wykorzystać. Żeby zarabiać, a jakże.
Od razu zrobię pewne rozgraniczenie. Znam parę blogów tworzonych przez młode matki, które na urlopie macierzyńskim zaczęły robić to, co lubią, a potem odważyły się i spróbowały z tego żyć. One też zarabiają na swoim blogach. I bardzo dobrze, że im się udaje. Podziwiam. Szanuję. Bo własny biznes w Polsce to najcięższy kawałek chleba ze wszystkich dostępnych. 
Są też blogi, na których więcej banerów, niż właściwej treści. Blogi, na których niemal każdy tekst jest jakimś testem, artykułem sponsorowanym, po których widać, że powstały po to, żeby na nich zarabiać. I że zarabia raczej nawet nie bloger, ale - niestety - tylko producent. Czasami takie blogi mają odwagę nazywać się parentingowymi. I tyle o nich wystarczy. Szkoda miejsca.

Jest też trzecia kategoria,i do tej mam najwięcej uwag.
Fajne, dobrze pisane, ciekawe blogi, o dzieciach, o macierzyństwie, ojcostwie, życiu, które nagle... skręcają. Trafiają do jakiejś śniadaniowej telewizji, jakiś portalik robi z nimi wywiad, a potem nagle zmiana dizajnu według przepisu Kominka lub innego bardziej zaawansowanego parentinga, obszerny dział "współpraca", i wio! Tu chwilowy romans z producentem proszku, tam - buciki, foteliki, smoczki, a wszystko ładnie opakowane w ten nieszczęsny blogowy marketing, w ten artykuł sponsorowany, w te wymagania od producenta niby ukryte, ale do zauważenia na pierwszy rzut oka. Albo społeczne kampanie, grubymi nićmi doszywane do treści bloga, że to niby tak pasują, że akurat się dobrze złożyło, że autorka się sama interesuje tematem, więc jej po drodze... Żeby jeszcze producent wybrał sobie jednego - dwóch blogerów i z nimi układał kampanię - ale nie. Jeden blog, drugi, piąty, dziesiąty - w tym miesiącu proszek, potem kredki, potem syropki, bo idzie jesień, niedługo pewnie szczepionki, a na koniec promocja polskiego węgla, bo dziecko musi mieć polskie ciepło, i opon zimowych, bo przecież to bezpieczeństwo mojego dziecka jak nic!



Nie to, że wszyscy tak robią. Na szczęście nie. Ale męczą te do znudzenia takie same "kreatywne" pomysły na zareklamowanie tego czy tamtego, jakby ta kreatywność miała usprawiedliwić artykuły sponsorowane zamiast oryginalnych treści. No i mam wrażenie, takie z gatunku bardziej przykrych, że skoro producenci się zorientowali, jaki potencjał jest w blogach, niektórzy blogerzy chcą to po prostu - i do bólu - wykorzystać. I cisnąć na siłę konkursami, prezentami, rozdawnictwem gadżetów i marketingiem raczej szemranym niż szeptanym. 

Że bycie platformą reklamową też może być własnym biznesem? Że w mediach też są reklamy i nikt im nic złego nie mówi? Pewnie tak, ale to trochę inna bajka, a na blogach mam już tego dość. Więc przestaję do nich zaglądać. Z żalem, bo niektóre blogi lubiłam, kiedy jeszcze co drugi tekst nie był na nich "inspirowany" albo "we współpracy". Jestem zmęczona blogowymi wpisami, zaczynającymi się interesująco, bo w fajnym stylu albo dlatego, że akurat mam podobny problem do rozwiązania, i kończącymi się "a ja poradziłam sobie z plamami z kakao, stosując najlepszy na rynku proszek X!".

Owszem, czasami szukam opinii o produktach, ale nie ufam za grosz opiniom sponsorowanym - bo polecanie produktu na zlecenie producenta to zwykła reklama. A reklama to nie opinia. W dodatku,  wbrew powszechnemu chyba przekonaniu, jeśli jest to reklama ubrana w interesujący tekst, tym gorzej dla... tekstu i jego autora. 

I chyba nie jestem z takmi odczuciami sama, bo co trochę migają mi na fejsbuku rozpaczliwe apele blogerek* parentingowych, które próbują zmobilizować swoich czytelników, bo ten fantastyczny konkurs, w którym można wygrać paczkę kredek, pieluch czy co tam jeszcze się pojawiło ostatnio na parentingowych horyzoncie, jakoś nie ma powodzenia i kończy się jutro, a nie ma żadnych zgłoszeń! Skoro nie lubicie już konkursów, to nie będę wam już żadnych organizować - strzela focha blogerka. Chociaż i ona, i my wiemy, że ten foch jest do czasu podjęcia następnej kreatywnej współpracy.

Zaczynam więc podświadomie dzielić blogi na te parentingowe, dumne, kreatywnie podchodzące do promocji produktu i z piękną zakładką "współpraca" i na te zwykłe, normalne, o mamach i dzieciach, które się czyta z uśmiechem i wraca po jeszcze, bo było fajnie. Na szczęście tych drugich, nieskażonych producenckim sponsoringiem i kreatywnością na siłę, jeszcze trochę jest. I chwała im za to. 

A po dziecioblogosferze przejechałam się też tutaj. 



*Blogerzy płci męskiej próbują innych sposobów. Mniej oklepanych i mniej męczących, choć i tak jest coraz gorzej.  


20 komentarzy:

  1. Wyjęłaś mi to z ust - u mnie ostatnio po spotkaniu blogerek musiał pojawić się post z linkami do sponsorów (no wymóg i już), le poradziłam sobie ;) są na samym dole, pod kreską ;) Więcej nie będzie, bo nie od tego jest mój blog :) Pozdrawiam i życzę powodzenia w nagonce, która się na Ciebie zaraz zacznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego nie lubię spotkań blogerów. Z prezencikami od firmy i wymogami "formalnymi".
      Nagonka? jaka nagonka? :D

      Usuń
  2. No i (tym razem niestety) muszę się z Tobą zgodzić ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Brrr. Masz rację! Bardzo drażni mnie że blogi, które przeglądałam i lubiłam od dawna... nagle stały się jedną wielką reklamą! Już tam nie zaglądam. Gdyby te ich promocyjne wpisy pojawiały się np. raz na pięć normalnych postów! To byłoby do przeżycia. Ale "normalnych" już właściwie nie ma. Jeśli się pojawiają to sprawiają wrażenie pisanych na siłę i z przymusu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy, że wszystko się kończy. Ale nie my, oczywiście! :D

      Usuń
  4. Oj czasami pełno takich samych wpisów, ostatnio często widuję wpis o kawce dla przyszłych mam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wpisy sponsorowane chodzą falami:)

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. A ja czasami zaglądam, skrzywienie zawodowe. I uciekam potem, gdzie reklamy nie rosną.

      Usuń
  6. Właśnie dlatego zaglądam na Twojego bloga! Weszłam na kilka "bardzo popularnych" blogów parentingowych. Tak wiem, że są zgodne z treściami Kominkowymi (okienkowy układ i te sprawy), ale ja nie mogę ich czytać. Wyglądają jak jakieś portale typu onet, tlen czy inne takie i oczywiście kupa reklam. Dziwię się, że ludzie to czytają, wierzą treściom, komentują. Jak dla mnie tam jest się strasznie trudno odnaleźć. Pomijam już nudę - wchodzę na trzy różne blogi i na każdym z nich ta sama, nowa, niezbyt tania, dizajnerka marka ubranek dla dzieci... Dobrze, że są takie blogi jak ten :) Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okienkowy uklad, grrr. Chociaż przyznam, że przez chwilę mi się podobał, pomajstrowałam przy szblonie - a potem się okazało, że "wszyscy" już taki mają. O, nie! Więc ja nie. Poza tym blog to blog, a nie portal z treścią wszelaką.

      Usuń
  7. Osobiście omijam takie bardzo szerokim łukiem. Jestem w stanie wybaczyć jednorazowy taki wyskok ale nie nagminnie. Zdecydowanie nie akceptuję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem zaskoczona - jako blogerka początkująca pisząca z niezrozumiałej potrzeby serca - ilością takich blogów! Słyszałam, że handel rządzi światem, ale wciąż tylko słyszałam... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rządzi, rządzi, i to jak jeszcze!
      I kusi też. Trudno się oprzeć. Podobno:)

      Usuń
  9. Strasznie trafny wpis. Mam ten sam problem z połową blogów, które kiedyś chętnie czytałam. Co więcej sama wplątałam się we współpracę z Panią ze Smyka i jest to mega toksyczne. Siedzi człowiek potem. próbuje napisać coś na zawołania i zapomina całkiem o tym po co chciał blogować! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toksyczne - to jest bardzo dobre określenie!

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...