środa, 1 października 2014

Mów, że kochasz



Ostatnio nasze relacje z Joasią nie układały sie najlepiej. To znaczy wszystko było dobrze, tylko... jakoś oddaliłyśmy się od siebie. Urosła. Zmieniła się. Przestała być słodkim bobasem. Nie tylko fizycznie, ale mentalnie też.
Jest duża. Ma swoje sprawy i zabawy, tłumaczy coś ludzikom Duplo i milknie, kiedy wchodzę do pokoju. Tajemniczo się zamyśla. Owszem, bawi się ze mną i niemal wszystko mi opowiada, ale właśnie - niemal. Jest czymś wewnętrznie zajęta. I bardzo, bardzo oddzielna.

Być może, gdyby była jedynakiem, patrzyłabym na to inaczej, ale w kontraście z Witulkiem, który jest bardzo entuzjastycznym przytulakiem, wybucha radosnym chichotem, zanim jeszcze go połaskoczę i wpycha się na kolana, kiedy tylko najdzie go ochota, Joasia wydaje się wycofana.

Kiedy się nad tym zastanowiłam, pomyślałam, że czuje się niekochana. I poczułam się bardzo głupio.

Jest w tym trochę mojej winy. Bo nie umiem znaleźć nowej formy, bo wyrosła z naszych dawnych sposobów okazywania sobie miłości. Ona sama też nie wie, co z tym zrobić. Czasami bawi się w niemowlaka, wpycha na kolanka i domaga łaskotania, ale nie bardzo ją cieszy to łaskotanie. Tak, jakby nasza relacja mama-maluszek się zużyła.

Widzę to. I nie mam pomysłu. I boli mnie serce. Metaforycznie. Bo przecież bardzo ją kocham. Jestem z niej dumna. Jest moja i najważniejsza. I nam nie wychodzi.

Jest też druga strona. Od pewnego czasu Asia w naturalny sposób wybiera tatusia. Dlatego, że tak mają dziewczynki w pewnym wieku. Dlatego, że ja karmię Witula piersią, więc to tatuś robi Asi kakałko i to on się nią bardziej opiekuje - kiedy jest. Więc Asia wybiera jego. I to czasem nie jest miłe. Zwłaszcza, gdy chcę ją wyjąć z samochodu, a ona zaczyna krzyczeć, że mam jej nie ruszać i że to tatuś ma ją wyjąć. "Nie ty!" Odpycha mnie i kopie. Wtedy czuję się odrzucona i pominięta. I jest mi z tym źle.

Po którymś bardzo kiepskim dniu, pełnym krzyków, pretensji, namolnego "baw się zeee mną" powtórzonego tysiąc razy, odrywania mnie od każdej zwykłej czynności, która nie jest niczym nowym - na litość, zmywam i gotuję codziennie, a dzieci wtedy na ogół zajmują się sobą! - jęczenia i marudzenia, usiedliśmy wszyscy w czwórkę do kolacji. Ojciec dzieciom, entuzjastyczny Witulek, Joasia bez humoru i ja.

I wtedy zaczęłam opowiadać.
O tym, jak to się stało, że pojawiła się Joasia. Że Pan Bóg ją stworzył u mnie w brzuchu, bo stwierdził, że bardzo się z tatusiem kochamy i to jest ten moment, w którym ma być Joasia. Że w moim brzuchu była najpierw jak ziarenko piasku, potem jak soczewica, jak fasolka, jak morelka, jak gruszka, aż w końcu wyglądała jak mały dzidziuś, robiła fikołki, przeciągała się i przez brzuch widać było łokcie i pięty. Że było jej coraz ciaśniej i nie mogła już robić fikołków, tylko przeciągała sie i na moim brzuchu pojawiała się śmieszna górka, a tatuś i ja mówiliśmy: "O, Joasia się przeciąga". Że potem pojechaliśmy do szpitala i tam się urodziła, i że bardzo się przytulałyśmy. Opowieść była długa: cała historia naszej rodziny. Do dzisiaj. Asia słuchała jak zaczarowana. Wszyscy słuchaliśmy jak zaczarowani, nawet ja, czekajac, dokąd mnie zaprowadzi opowieść.

Potem dzieci poszły spać.

Na drugi dzień Joasia wstała jakby inna. Milsza. Na dzień dobry przyszła do naszego łóżka. Podczas śniadania oznajmiła, że jest kotem przytulakiem i umościła się - jak kot - na moich kolanach. Bawiła się spokojnie sama, była uprzejma dla Witulka i ogólnie wszystko było dobrze.
To było parę dni temu.

Wczoraj musiałam wyjść. Z dziećmi została babcia I.
Asia przez kwadrans - z zegarkiem w ręku - wrzeszczała, bo nie chciała, żebym wychodziła. Na początku ją przytulałam, ale nie chodziło o przytulanie - chodziło o to, żeby mnie zmusić. Żebym została. Więc zostawiłam ją wściekłą w sypialni i poszłam się szykować. Babcia i Witulek czytali książczki w drugim pokoju.
Po kwadransie płacz ustał jak nożem uciął. Asia zabrała kocyk i zapłakana, ale w radosnych podskokach pobiegła czytać książeczki. Z łazienki usłyszałam jeszcze tylko:
- A wiesz, babciu, że kiedyś byłam u mamusi w brzuchu całkiem mała jak kamyczek?
I teraz już wszystko wiem.

Im gorszy Joasia ma humor, tym bardziej potrzebuje opowieści o tym, jak bardzo ją kocham. I że kocham, kiedy jest miła i kiedy jest wściekła. Kiedy mnie nie lubi i kiedy mnie lubi. Kiedy na nią krzyczę i kiedy ona na mnie krzyczy. Zawsze. I że nigdy nie przestanę.


7 komentarzy:

  1. :) Dzieci uwielbiają słuchać o tym, jak się pojawiły na tym świecie.
    I zdecydowanie za szybko rosną!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, że to fajne, ale nie spodziewałam się, że aż TAK! :)
      Oj, za szybko, i te wszystkie śliczne ubranka zakłada się ze dwa razy... :)

      Usuń
  2. Miłość do dzieci bije z każdego Twojego słowa :)) I tak, dzieci za szybko rosną :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcę codziennie zaczynać dzień od takiego komentarza! :)

      Usuń
  3. Bardzo lubię czytać twoje wpisy, przyznam miód na moje serce ten o miłości. Naprawdę ciężko czasem znaleźć jakiś argument a Twój po prostu genialny. Kiedy ja opowiadam Zosi jak się urodziła i oglądamy razem zdjęcia widzę jak chłonie to wszystko. Jej stwierdzenia w stylu"a jak byłam malutka to ssałam cycusia, wiesz" potrafią poprawić mi humor , tym bardziej, że do cycunia miała awersję:). Pozdrawiam i czekam na więcej:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Każde z moich dzieci ma taki album (a właściwie 2) ze zdjęciami z maleńkości. Zaczynają się zdjęciami mamy której brzuch rósł i rósł. A potem są zdjęcia dzieci mniej więcej do 1 urodzin. Strasznie lubią te oglądać razem ze mną.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, te powroty do poczatkow sa dla dzieci bardzo wazne. Dobrze, ze wyczulas ten wlasciwy moment, teraz bedzie wam juz latwiej! Pozdrawiam, Dominika

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...