wtorek, 16 września 2014

Witaj, jesienna chandro

Dzień chaosu w natarciu. Bałagan przejął dowodzenie, wszystko jest wszędzie, czuję, że jeszcze jedno siku na mój tapczan, jeszcze jeden słoiczek farby rozmazany na stole, podłodze, dziecku i łazience, jeszcze jedna awantura o lody na śniadanie i żelki na obiad i przekroczę granicę szaleństwa. 

Poranek. Niewyspana Joasia. Marudny jak nigdy Witul z nasilonym podstawowym objawem buntu dwulatka: każda rzecz nie po jego myśli kończy się płaczem. Dobrze, że jeszcze nie wrzaskiem, ale nadrabia tu Joasia, która zachowuje się, jakby chciała sprowokować awanturę, żeby się odstresować. 

Rano muszę spędzić trochę czasu przy komputerze. Sprawa się przeciąga, obdzwaniam pięćset tysięcy sklepów, Witulek marudzi, Joasia chce, żebym się z nią bawiła w systemie "mama robi, a ja patrzę", im bardziej potrzebuję jeszcze pięciu minut, tym bardziej wymagają uwagi moje dzieci. 

Więc siedzę przy kompie, moje dzieci próbują bawić się w każdy niedozwolony sposób, Witulek pakuje do buzi trochę czerwonej farby, którą zdobył gdzieś na lewo, potem sika na podłogę zamiast do nocnika. Joasia wrzeszczy, bo chciała się bawić czymś tam, czym chciał się też bawić Witu. Witu daje siostrze po głowie. Siostra wrzeszczy z oburzeniem, po czym mu oddaje. Zdumiony Witu próbuje się żałośnie rozpłakać, ale nie bardzo mu wychodzi. A ja rozmawiam przez telefon. Za chwilę zamierzm wyjść do sklepu, bo lodówka świeci pustkami. Więc Witu idzie spać. 

Joasia wciąż koniecznie chce się ze mną bawić. To znaczy patrzeć, jak ją zabawiam. A nie jestem dobrym zabawiaczem, kiedy czekam na telefon, maila i ogólnie niezałatwiona sprawa wisi nade mną jak miecz wiadomo kogo. Więc idzie nam średnio. W końcu ruszam do kuchni zrobić tosty i herbatkę, żeby przez chwilę było jak kiedyś, kiedy czas drzemki Witula był czasem naszego wspólnego drugiego śniadanka. W kuchni bałagan totalny, dobrze, że da się wejść - od niedzieli ciągle coś i nie mam tych czterech godzin, żeby doprowadzić ją do porządku. Taka kuchnia - sto piećdziesiąt punktów do frustracji. Zdecydowanie czas na prostrację, ale na podłodze nie ma tyle miejsca. Nie ma też ani jednej czystej łyżeczki, że o kubku nie wspomnę, do jedzenia jest chleb, masło i pomidory, bo zakupy przesunęły się na czas nieokreślony.

Joasia wypija trochę herbatki, rozgrzebuje tosta, zostawia go, potem jednak uznaje, że będzie jeść i płacze, bo w międzyczasie zjadłam kawałek jej tosta. Chce teraz trójkąciki, a chleba nie ma. Pytam, czy jest głodna. Nie jest. W końcu urażona idzie spać. Spią oboje. Hurra. Wreszcie coś zrobię. W trzy minuty załatwiam sprawę do końca. Dzwoni babcia I. - rozmawiamy pięć minut i budzi się Witulek. Głodny. Obiad na cito z tego, co jest: makaron z sosem pomidorowym. Buraczki. Zjada. Lepiej. Bawi się w wysokim krzesełku, z daleka od wszystkich rzeczy pozwalających w trzydzieści sekund ubrudzić wszystko dookoła, a ja sprzątam nieco kuchnię. Pierwsza partia naczyń schnie na suszarce i macie do suszenia. Więcej się nie zmieści, przede mną na oko jeszcze ze dwie rundy. Zamierzam przynieść wreszcie duży karton i schować te pięćdziesiąt szklaneczek, kubeczków, filiżanek i miseczek i zostawić po jednej sztuce na głowę, ale ciągle zapominam. Chowam więc nadmiar do szafki, ustawiając naczynia możliwie niewygodnie - żeby łatwiej było umyć, niż brać czyste. Dobrze by było iść po zakupy, ale Joasia wciąż śpi.  Siadam jeszcze na chwilę do komputera, Witul ze mną, też zaczyna mu się chyba jesienna chaderka, bo zamiast jeździć pociągiem Duplo, siedzi u mnie na kolanach i bawi się drobiazgami ze stołu. Nawet nie próbuje ruszać klawiatury. Joasia śpi. W końcu sie budzi, po trzech godzinach. Jest głodna. Dostaje obiad. Grzebie widelcem w miseczce i oznajmia, że już nie jest głodna. Chociaż na obiad jest makaron z sosem pomidorowym, czyli jej faworyt. A zaraz potem domaga się żelków, lodów, soczku i wszystkiego, co słodkie. Awantura wisi w powietrzu. Witu sika na stołek. Zły moment, synu. Krzyczę na niego, wiedząc, że to ostatnia rzecz, jaka powinnam zrobić. On też krzyczy. Walę pięścią w stół. Eskalacja konfliktu. Joasia zatyka sobie uszy i wychodzi z kuchni. 

Jeśli chcecie wiedzieć, jak się skończyło - żyjemy. Mamy się dobrze. Mieszkanie dalej jest niesprzątnięte, tapczan nieco wysechł, poszliśmy wszyscy razem z ojcem dzieciom na zakupy, przy kolacji opowiedziałam dzieciakom ich historię od poczęcia, (słuchały jak zaczarowane), potem we czwórkę czytaliśmy w łóżku książeczki. Chandra schowała się w ciemny kąt. Jutro pewnie znowu wylezie, ale tym razem się nie dam. Co to, to nie. 

10 komentarzy:

  1. Uśmiałam się po pachy:) No, wiem lepiej byłoby współczuć i współodczuwać i takie tam:) Ale żeby tak - to musiałabyś to inaczej opisać. Ha. A ja rozumiem i czuję, i widzę siebie i w ogóle:). Jak to dobrze, że żyjecie;) Może jutro znowu coś napiszesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest prawidłowa reakcja. Tylko śmiech może nas uratować! :)

      Usuń
  2. :D Dzieci - sprawdzian wytrzymałości dla rodzica na: cierpliwość, opanowanie i wiele innych. Żaden wykładowca by Cię tak nie przetestował. ;)
    Współczuję i gratuluję, że skończyło się tak, jak się skończyło, że dom i Wy przetrwaliście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm. Co do tych wykładowców, to niektórzy próbowali. Ale jednak się nie umywają.

      Usuń
  3. Chandrze mówimy stop. Mama smutna, Tata smutny, to i dzieci tez. O nie! My się ratujemy ciepłymi kocami, zapachem waniliowych świec. Na chłodne wieczory kubek pysznego kakao i książka. W dzień, kiedy pada i na horyzoncie pojawia mi się brzydka gęba chandry, zakładam maluchom płaszczyk przeciwdeszczowy (niebieściutki, z motywem sówki od Skip Hop, nie sposób się nie uśmiechnąć!!!), kolorowe kalosze i ruszamy dziarsko do szkoły! Musimy walczyć ;) A wasza historia, mrożąca krew w żyłach ale na pewno nie pozwalająca na chandrę ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kakao! Kałuże! Muszę to sobie zapisać i powiesić na widoku:)

      Usuń
    2. Hehe :) Jakoś sobie trzeba radzić :) Kakao jest najlepsze <3 Pamiętam jak moja mama mi je robiła, jak byłam mała. Piękne wspomnienia. A kałuże, które dziecko nie lubi wskoczyć i narobić zamieszania w dziurze z wodą? :D A jakie ostatnio kupiliśmy parasolki!! <3 Jak Ci mogę pokazać? Bo podzielić się radością muszę :D

      Usuń
    3. A u nas akurat słonko, ale kałuże i tak ostatnio zaliczone. BEZ kaloszy, cóż.
      Pokaż koniecznie! Może na fejsie? Albo mailem, tutaj: piszaca.mama[at]gmail.com?

      Usuń
    4. ooo suuuper :D A po kałużach bez kaloszy, nie było przeziębienia? :D Pola nasza to uwielbia w baletkach latach, nie ważne czy zima, jesień, lato czy wiosna. BALETKI rządzą. Łukasz z kolei nienawidzi kaloszy :D Jezu jaka jest walka, Gwiezdne wojny to przy tym pikuś. Ale... Jakoś dajemy radę. Jeśli chodzi o parasolki to ostatnio robimy dużo zakupów od producenta Skip Hop. Parasolki są od nich też. :) Na fejsie, nie ma sprawy, fota jest. A mailowo, również prześlę Ci kilka fajnych fot :) Z przyjemnością :) Jak Ty masz jakieś fajne, to możemy się wymienić :D franka.kacperska@gmail.com :)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...