wtorek, 2 września 2014

Teoria bałaganu

Nie mogę dosprzątać mieszkania. Od dłuższego czasu.
Z dwójką rozbójników jestem w stanie sprzątnąć na błysk dwa pomieszczenia dziennie, ale bałagan robi się w tym czasie we wszystkich pięciu równocześnie. Mam dość sprzątania. Rzygam sprzątaniem. Moje życie upływa na sprzątaniu. A kiedy nie sprzątam, bałagan mnie frustruje.

Przed wakacjami miałam taki tydzień, w którym postanowiłam nie sprzątać w ogóle. Tylko to, co ewidentnie przeszkadza w przejściu z pokoju do pokoju, to, co jest potrzebne do zjedzenia śniadania, miejsce, w którym chcę usiąść z dziećmi albo kompem. I tyle. Nie sprzątałam, bawiłam się z dziećmi, pisałam, gotowałam (gotowanie było najgorsze, bo bałagan w małej kuchni spowalnia o połowę). I miałam satysfakcję z gatunku "na złość bałaganowi nie posprzątam". Oraz poczucie winy, że jednak powinnam ogarnąć to chociaż trochę.

Kolejny tydzień postanowiłam więc poświęcić na sprzątanie. Przeryłam się przez dom, wyrzuciłam całe wory śmieci (gdyby na produkcji śmieci dało się zarabiać, byłabym całkiem nieźle sytuowana), szorowałam, układałam, sortowałam i segregowałam, myłam, czyściłam i ogarniałam. Nie bawiłam się z dziećmi, które patrzyły na mnie, biedne, jak biegałam ze szmatą i obłędem w oczach z kuchni na balkon i z pokoju do łazienki, i próbowały mi pomagać. Nie pisałam. Nie czytałam. Nie robiłam nic swojego. Byłam zmęczona i zniechęcona. Czułam się źle. Ale miałam misję. Więc sprzątałam.

Myślicie, że było bardziej sprzątnięte?
Nic podobnego.

Usiadłam więc i przeprowadziłam analizę.
Osiemdziesiąt procent bałaganu tworzą rzeczy nie na swoich miejscach. Nie są na swoich miejscach, bo albo ich nie mają, albo odkładanie ich wymaga wysiłku. Lub też jest ich za dużo - więc porządkowanie ich zajmuje za dużo czasu.

Czyli - trzeba się pozbyć.

Pochowałam więc rzeczy, których nie używam w kuchni, do pudeł i wepchnęłam je na półkę pod sufitem w przedpokoju. Zostawiłam po jednym na głowę talerzu, jednym widelcu, jednej łyżce, jednym kubku i tak dalej. Wyniosłam rzeczy niepotrzebne albo ustawiłam je wyżej, a potrzebne - pod ręką. 
Było fajnie przez tydzień, a potem znowu zrobiło się źle.

Ale ja byłam już w trakcie wyrzucania i oddawania i ubrań i ubranek. Pozbyłam się połowy ubrań. Oddałam wszystkie ubranka, z których Joasia i Witulek wyrośli (pomijając zestaw startowy "niemowlę 0-6", które daje mi poczucie bezpieczeństwa).

Wyrzuciłam. Oddałam. Schowałam połowę. 
I co? Trochę lepiej. Ale nie bardzo.

Schowałam połowę zabawek, kupiłam nowe pojemniki i podzieliłam zabawki na cztery rodzaje: klocki drewniane, klocki Duplo, samochody i inne takie, dziecięca kuchnia. Narzędzia do walizy, książeczki na półkę, kredki i plastelina do pudełek z Ikei. Lalki do łóżeczka. Żeby było wiadomo, co gdzie. Żeby nie trzeba się było zastanawiać, co gdzie sprzątnąć.
Było lepiej. Przez chwilę. 

Najbardziej nie lubię tego momentu, w którym sprzątam zagracony stół i zostaje mi garść rzeczy, które do niczego nie pasują. Jeśli jest około 13.00, a ja nie piłam kawy, stoję i gapię się na te drobiazgi, i nie jestem w stanie zdecydować, co z nimi zrobić. Najchętniej wyrzuciłabym je w cholerę. Ale przecież mogą być potrzebne. Stoję więc i czuję się zniewolona przez jakieś głupie naklejki, urwane kółko do samochodu, kawałek rysunku, wkład do długopisu, pół czystej chusteczki, guzik i dwa grosze.

Nie mam już pomysłów.

Zdarzają mi się dni, kiedy chodzę po domu i zgrzytam zębami z rozpaczy, bo nie wiem, gdzie mam zacząć sprzątać ten śmietnik, jak porządkować chaos, jakie jeszcze sztuczki, pudełka i ułatwienia wymyślić, żeby zaczęło się sprzątać samo. Ale nie zaczyna. Mam serdecznie dość słynnej już klejącej się podłogi, a dzieci wcale nie są szczęśliwe, kiedy przebywają w bałaganie. One też czują się przytłoczone, a ich kreatywność spada. Snują się i marudzą. I ja też się snuję i marudzę. Kiedy wezmę się wreszcie w garść, zaczynam od pierwszej rzeczy po prawej stronie. Odnoszę ją na miejsce. Potem następną. I następną. A jeśli jest już zupełnie źle, odmawiam aktualną godzinę brewiarzową.

Jestem bałaganiarą. Zawsze byłam. Ale nawet będąc bałaganiarą, byłam w stanie, do jasnej cholery, posprzątać. A teraz - nie jestem w stanie. Nawet na ostatnią Wielkanoc nie miałam gruntowanie posprzątanego domu. Wstyd i hańba. A co dopiero na co dzień.

Wiem, że kluczem jest pozbycie się rzeczy niepotrzebnych. Usunięcie ich spod ręki, żeby na pewno nie używać. Trzeba sprzedać, rozdać, wyrzucić, pozbyć się złudzeń, że jeszcze założę tę bluzkę, że upiekę w końcu ciastka w tych foremkach, że wszystkie te pojemniki do przechowywania są mi potrzebne. Bzdura. Nie są. Oj, jak bardzo nie są. Za to potrzebnym trzeba znaleźć nowe miejsca, dobre miejsca, łatwe w obsłudze. I sprzątać na bieżąco.

O matko.
W życiu nie sądziłam, że będę kiedyś marzyć o tym, żeby móc sobie spokojnie sprzątać na bieżąco!


P.S. Popraw sobie humor i przeczytaj o tygodniu walki z bałaganem.

5 komentarzy:

  1. Ja też. Posprzątać na bieżąco... Ale tylko pół dnia nie sprzątam na bieżąco i nie pilnuję Kochanych Łobuzów... i KONIEC. Rzeczy mnożą się w sposób nielogiczny, sprzeczny z naturą i sama nie wiem, co jeszcze:) A ja chodzą wyrzucam, oddaję, sprzedaję, pozbywam się, segreguję, systematyzuję i ograniczam... I tak w kółko:) A pudełko na skarpetki bez pary ma wymiary 45x45x20 cm.... i jak na nie patrzę to pękam ze śmiechu. Bo jak to możliwe w ogóle? A potem sprzątam u Łobuzów (oni sami sprzątają, ale...) i co? za biurkiem skarpetka, pod łóżkiem skarpetka, za szafką skarpetka, pod kanapą skarpetka one chyba tak SAME , te skarpetki, spacerują po nocach?
    Jak już się nie da to pilnuję, żeby w salonie (tu są drzwi wejściowe) i na stole (na wprost drzwi wejściowych) było posprzątane:) I siadam w kąciku z kompem albo szydełkiem i kawką i trudno:). Albo jak już mnie przerosło to powtarzam : Jezusie Synu Dawida ulituj się nade mną... wiele razy...
    I tylko gdzieś z tyłu głowy majaczy mi obraz celi klasztornej: łóżko, krzesło, blat, półka, umywalka i krzyż. A może by tak?:):) Ciekawe co by Łobuzy powiedziały po powrocie ze szkoły?:):) he he : ) żartowałam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hehe skąd ja to znam :) Odkąd zostałam mamą mam wrażenie, że moja praca nigdy się nie kończy... A z każdym kolejnym dzieckiem jest coraz ciekawiej. I codziennie żongluję między sprzątaniem a... byciem dla dzieci. Zawsze mam poczucie winy, że coś zawalam.
    Ale w sierpniu dwoje starszych było u dziadków, zostałam tylko z niemowlaczkiem. Dom wysprzątałam na błysk. I co? Pięknie było, ale... jakoś tak nudno i pusto. Dobrze mi ten tydzień zrobił, bo zobaczyłam, że nie zamieniłabym się z singlem :) Lepszy bałagan i śmiechy dzieci, niż porządek i pustka. Przynajmniej dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też nie ogarniam. Wiem, że na razie i tak jest nieźle, bo ciągle ktoś z nas ma Rybkę na oku, a ona na razie jest jedna, więc tego bałaganu jest proporcjonalnie mniej. Ale mimo to, kiedy dzień się kończy (o północy) i widzę porozrzucane zabawki po całym domu, zawalony stół, zapaćkane lustro (które już olaliśmy i myjemy tylko od czasu do czasu), części pościeli walające się tu i tam, resztki posiłków w różnych miejscach... to chce mi się krzyczeć. :)
    Oprócz tego co jakiś czas ten bałagan doprowadza mnie do skrajnego zdenerwowania, kiedy to robię listę, co w życiu/a raczej mieszkaniu/ mnie wkurza i co mogę zmienić (w jaki sposób). Czasem coś się z tego udaje zrealizować. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo Wam dziękuję za te komentarze. Poczułam się mniej samotna w obliczu potwora:D

    OdpowiedzUsuń
  5. ostatnio stosuję twoją metodę z rozpoczęciem sprzątania od pierwszej z brzegu rzeczy. działa! ale u mnie sytuacja jest znacznie łatwiejsza...

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...