poniedziałek, 1 września 2014

HAMLET, laktoferryna i protest

Tak, tak, HAMLET, nie Hamlet.
Wakacje się skończyły, czas się zabrać do roboty, więc wracam do poniedziałkowego cyklu o mleku matki. Będzie też dzisiaj polemika z cudzym blogowym tekstem, na który trafiłam po południu południe zupełnie niechcący, ale mnie - ekhem - zmotywował do dodania kilku słów od siebie. 
No to zaczynamy.

O cząsteczkach HAMLET pierwszy raz przeczytałam kilka lat temu, w gazecie zupełnie niezwiązanej z tematami macierzyństwa, a zwłaszcza laktacji (zdaje się, że w Charakterach z jesieni 2010). I tam, ze zdumieniem, odkryłam, że

wraz z pokarmem organizm matki wysyła do organizmu dziecka 

cząsteczki rakobójcze. 


Po raz pierwszy – i niechcący – odkryli je naukowcy ze Szwecji, szukając czego innego (tutaj źródło). Odkrycie zostało podane do wiadomości publicznej w 2010 roku.

HAMLET, czyli Human Alpha-lactalbumin Made LEthal to Tumour cells, jest kompleksem białka (alfa-laktalbuminy) i kwasu oleinowego. Te dwa składniki znajdują się w ludzkim mleku, a łączą w HAMLET-a najprawdopodobniej w dziecięcym żołądku. 
Co robi nasza cząsteczka?

Ano wybija komórki rakowe, oszczędzając zdrowe. A konkretnie wybija czterdzieści (!) różnych typów nowotworów złośliwych oraz w ramach bonusu – paciorkowce. Co lepsze, kompleks testowano na dorosłych pacjentach chorych na raka - i u nich też działał. Bardzo obiecująco.
Tyle naukowcy ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund.

W 2013 roku kolejna grupa badaczy, tym razem z amerykańskiego University at Buffalo, odkryła i udowodniła, że HAMLET potrafi jeszcze coś fajnego: unieszkodliwiać bakterie odporne na antybiotyki. (tu źródło). Sama ostatnio nasłuchałam się i naczytałam historii o szpitalnych szczepach odpornych na wszystko. A nasz poczciwy HAMLET potrafi odwrócić proces uodporniania* się na antybiotyk. Badano wpływ cząsteczki na oporne bakterie Streptococcus pneumoniae oraz Staphylococcus auerus – i ponownie zadziałała na nie penicylina i metycylina.
Dobre, co?

A to jeszcze nie koniec. Bowiem w mleku matki jest też laktoferryna. Laktoferryna jest białkiem, które występuje u ssaków między innymi w ślinie, łzach i właśnie mleku. Działa antybakteryjnie: obniża bakteriom „odporność”  na antybiotyk, zwalcza je oraz stymuluje układ odpornościowy. Działa też przeciwwirusowo – na przykład na wirusy opryszczki, HIV, wirusy zapalenia wątroby typu C oraz B, RSV, rotawirusy (biegunka), poliowirusy powodujące polio (choroba Heinego –Medina) czy adenowirusy atakujące układ oddechowy, jelita i opony mózgowo-rdzeniowe. Zwłąszcza (!) u małych dzieci. Laktoferryna działa też przeciwpasożytniczo (na przykład hamując namnażanie się Toxoplasma gondii - od kotów i piaskownic). No i podobnie jak HAMLET zwalcza komórki rakowe.  
Można by tu dodać, że laktoferryna jest białkiem występujących u ssaków, czyli u krów również, więc mieszanki mleczne też ją zawierają. Tak, tak, tylko że mleku krowim laktoferryny jest od 0,02 do 1 mg/ml, a w mleku ludzkim – od 1 do 4 mg/ml. Znacząca różnica.
(Duży i naukowy tekst o tym, co potrafią białka mleka, tutaj)

Teraz czas na protest.

Jak już wspominałam, siadając do tekstu, najpierw – oczywiście! – weszłam na fejs-zbuka. I tam od razu rzucił mi się w oczy podlinkowany przez Kwartalnik Laktacyjny tekst Koralowej Mamy o tym, że dzieci karmione piersią nie są zdrowsze niż te karmione mieszanką. Tekst sprzed roku.
Koralowa Mama pisze w nim o swojej teorii, którą nazywa „teorią drzewa”. W skrócie: każde dziecko rodzi się z potencjałem rozwojowym, a mleko matki może pomóc lepiej go wykorzystać niż sztuczna mieszanka. 
Teraz oddam na chwilę głos autorce.
„Piszę o tym wszystkim, bo niepokoją mnie opinie, że dzieci karmione piersią są zdrowsze od karmionych mieszanką. To nie jest prawda, chociaż dobrze brzmi. Lepiej stawiać sprawę inaczej. Dzieci karmione piersią mają większe szanse na osiągnięcie pełni swojego potencjału.”

No i tutaj mam problem. Bo z jednej strony udowodniono, że karmienie piersią chroni przed wieloma paskudnymi chorobami w dorosłości, między innymi przed depresją, nowotworami, otyłością czy cukrzycą. Ale udowodniono to, porównując dzieci na mieszance z dziećmi na piersi i traktując te pierwsze jako grupę kontrolną. Czyli w zasadzie to dzieci na mieszance są mniej zdrowe niż dzieci na piersi, a nie dzieci na piersi zdrowsze niż te na mieszance.

Stąd mój protest przeciwko takiemu stawianiu sprawy.

Bo dzieci karmione piersią są zdrowsze. 


I mają szansę być zdrowsze w przyszłości. Okres ciąży i karmienia piersią jest bardzo istotnym czynnikiem wpływającym na zdrowie do końca życia, czasami nawet wpływającym na nie bardziej niż czynniki środowiskowe. Pisze o tym Annie Murphy Paul w książce „Początki”. To książka zbierająca i przedstawiająca w jasny sposób wyniki wielu badań dotyczących ciąży, a w zasadzie okresu życia płodowego. Jedno z badań dotyczyło raka. A konkretniej: roli czynników prenatalnych w rozwoju raka w późniejszym życiu. Naukowcy (m.in David Williams) twierdzą, że pewne produkty spożywane podczas ciąży i w czasie karmienia piersią mogą pomóc zabezpieczyć dzieci przed rozwojem raka, i to na całe życie. CAŁE. Niezależnie od tego, w jakich warunkach będzie żyć konkretny człowiek.


*Uodporniania? Uodparniania? Słownik podpowiada "Pomeranian". Thanks a lot.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...