środa, 3 września 2014

Dlaczego moje dzieci bawią się same

- Ależ oni się fajnie bawią! - słyszę często od obcych ludzi. Tak, mówią o moich dzieciach. 
Jestem z nich dumna. Bo naprawdę potrafią się bawić sami.

Oczywiście nie zawsze. Oczywiście nie wszystkim. Ale potrafią bawić się trzy godziny bez mojej znaczącej ingerencji. Jak na trzylatkę i dwudziestomiesięczniaka to całkiem nieźle, prawda?
Ale nie od razu było tak fajnie.

Kiedy zostałam mamą pierwszy raz, miałam poczucie, że z dzieckiem trzeba się bawić. Koniecznie.


Bo zabawa to rozwój, wspólne przebywanie ze sobą, bo głupio tak zostawiać dziecko samemu sobie. Oboje z ojcem dzieciom spędzaliśmy dużo czasu w domu - jak na przedstawicieli wolnych zawodów bez oddzielnej pracowni przystało. Mieliśmy czas dla Joasi. I bawiliśmy się z nią. Dużo i często. Traktowaliśmy zabawę trochę jako konieczną część opieki nad dzieckiem. Bywało nudno, kiedy byliśmy zmęczeni i mało kreatywni. Czasami porzucaliśmy w połowie gotowanie, pracę albo gazetę, bo Joasia chciała się bawić już. I jak tu odmówić?

Co prawda nigdy nie pokazywaliśmy jej, JAK sie bawić którą zabawką. Nie znoszę patrzeć, jak ktoś daje dziecku nową zabawkę i odbiera cała przyjemność odkrywania, czym ona jest, jednym zdaniem typu "Zobacz, tu się wrzuca, zaraz ci pokażę, jak". Raczej wspólnie wymyślaliśmy, co jeszcze można z nią zrobić No, ale zabawialiśmy ją długo. Przyzwyczaiła się - nic dziwnego - i sama nie chciała się bawić. "Porysujmy! Zbudujmy wieżę!" A kiedy już siadaliśmy z kredkami albo klockami, Asia mówiła: ty buduj. Ty rysuj. Sama nie chciała; wolała patrzeć, jak my się bawimy. Na dłuższą metę - wkurzające. I frustrujące, bo ileż można zabawiać dziecko wyglądające na znudzone?

A potem urodził się Witulek. Czas się skurczył. Ojciec dzieciom poszedł pracować do korpo. Proporcja sił zmieniła się znacząco: z czterech rąk do jednego dziecka na dwie ręce do dwójki dzieci. Nagle okazało się, że nie ma już tyle czasu na zabawę. 

I co? Być może to kwestia charakteru Witula. Może przyzwyczajenia. Na pewno tego, że mam dwójkę dzieci w zbliżonym wieku, a nie jedno.

Po pierwszych ciężkich sześciu miesiącach, które puściłam już w niepamięć, zrobiło się świetnie. Bo dzieci zaczęły bawić się razem - same. 


Pierwsza zabawa polegała na tym, że Witulek pełzał sobie na brzuchu i uciekał przed goniącą go na czworakach Joaśką. Oboje się przy tym zaśmiewali, a ja postanowiłam im nie przeszkadzać.W podjęciu tego postanowienia pomogły mi brudne gary w zlewie, stosy ubrań do wyprania, rozsypane zabawki i sto tysięcy innych rzeczy składających się na nieznośny, domowy bałagan.

Na początku miałam wyrzuty sumienia, że nie bawię się z dziećmi, tylko zostawiam je same.
 Że mogłabym z nimi, że jest tyle do pokazania, że z Joasią siedziałam, rysowałam, budowałam, a z Witulkiem nie aż tyle, że co ze mnie za matka. Ale kiedy sobie po cichu poobserwowałam, jak oni się beze mnie bawią, wszystko mi przeszło. A jak się bawią? Inaczej. Tajemniczo. I chyba nawet lepiej. I, żeby było jasne, nie oglądają bajek w telewizji. 

Nie chodzi tylko o to, żebym ja miała spokój. Bo nie zawsze mam. Bardziej chodzi mi o to, żeby małe smoki odkrywały same, o co chodzi z tą rzeczywistością dookoła. Żeby nie psuć ich zmysłu obserwacji, żeby nie zabijać ich własnej kreatywności. Sami bawią się zaskakująco odkrywczo.

Ale to wszystko nie znaczy, że ja nie robię nic. Bo robię. Pięć rzeczy.


Po pierwsze: organizuję przestrzeń. Chcą gotować, bo ja akurat gotuję? Proszę bardzo, szykujemy w kuchni taborety, wsypujemy do miseczki trochę makaronu (prawdziwego) - a potem dzieje się samo. Asia przynosi plastikowe garnki. Witulek częstuje się kuchennymi miskami. Gotują makaron, smażą pomidory z polaru. Wyjmują z szuflad to, co mogą, a czego do zabawy potrzebują. Bawią się świetnie. 
Organizowanie przestrzeni polega też na zaprowadzaniu porządku. Na takim ułożeniu zabawek, żeby były łatwo dostępne i wyglądały zachęcająco. Nie za wysoko. Nie w wielkim koszu na dnie, tylko w małych pojemnikach, które dziecko może samo otworzyć. Drobne rzeczy, ale jakie ważne!

Po drugie: zapładniam wyobraźnię. Zaczynam opowiadać historię - trochę, jak w grach RPG. Bo dzieci tak się właśnie bawią. W garnku można ugotować makaron. Na patelni można usmażyć pierogi z plasteliny. A w drugim garnku?
- Ugotujemy zupę! - woła Joasia.
- Jupę! - potwierdza Witulek.
I już tną nożyczkami (sic!) plastelinę na kawałeczki, i już wrzucają, mieszają, nakładają mi na talerz, żebym zjadła. A potem kisiel dla babci i kompot dla tatusia. Fabuła rozwija sie sama, a równolegle prawdziwy obiad nabiera kształtów i smaku.

Po trzecie: chwalę. To, że spokojnie się bawią (spokojnie nie znaczy cicho, spokojnie znaczy bez wyrywania zabawek, popychania się i krzyków). To, że dzielą się zabawkami. To, że potrafią iść na kompromis. Że sobie pomagają, pokazują, są dla siebie. Chwalę też to, że mogę popracować, kiedy zajmują się sami sobą. Czasem muszę się wysilić, żeby pochwalić. Ale - banał, wiem - pochwały działają o wiele lepiej niż nagana. 

Po czwarte: jestem obok. Dostępna. Nawet, kiedy piszę, czytam, gotuję, sprzątam.

Podczas pisania tego tekstu musiałam zrobić krótkich siedem przerw (poważnie, i zanosi się na ósmą), ale przez dziewięćdziesiąt procent czasu dzieci bawiły się same. 


Jestem obok, blisko. I zauważam potrzeby. Wkraczam, kiedy to jest konieczne, ale coraz częściej pozwalam dzieciakom rozwiązywać konflikty samodzielnie (i potem mam za co chwalić). Pomagam, kiedy proszą. Przytulam, kiedy potrzebują.

Po piąte: ładuję bateryjki. Co parę godzin bawimy się razem, intensywnie. Na przykład - w tygrysy. Albo łaskoczemy się na tapczanie. Albo gonimy na czworakach po domu. Albo po prostu czytamy książeczki i się przytulamy. Świeżutka historyjka o babci i dziadku Duplo, którzy jadą pociągiem na wycieczkę w okolice kanapy, a po drodze na stacji dosiada się do nich niedźwiedź, krokodyl, żyrafa i cielak też dobrze robi. Kiedy bateryjki są już naładowane, dzieciaki wracają do samodzielnej zabawy.

Efekt? Wbrew przewidywaniom mam dwa razy więcej czasu z dwójką dzieci, niż miałam z jednym. 
A dzieciaki się lubią. I dobrze się ze sobą bawią - na ogół. I jest coraz lepiej. Przedwczoraj usłyszałam po raz pierwszy, jak Joasia pyta braciszka:
- Witulku, pobawisz się ze mną?
Ach. Och.

Rzecz jasna, są momenty, w których dzieci absolutnie nie będą bawić się same. Ale o tym kiedy indziej, bo miało być krótko, a przez te przerwy wyszło mi - o zgrozo - sześć tysięcy znaków.

P.S. Fot. Ojciec dzieciom.

 

2 komentarze:

  1. Zdaje się, że ja też ostatnio coś mówiłam o tym, że fajnie się te Twoje Smoki bawią. :) Lubię sobie przypominać hasło, nie pamiętam, czyje, może Aleksandra Kamińskiego, że dorosły ma być rusztowaniem, po którym wspina się dziecko (w czasie zabawy). To znaczy ma właśnie być blisko, ew. interweniować, kiedy naprawdę zajdzie taka potrzeba, pobudzać kreatywność i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale przede wszystkim ma nie przeszkadzać. :)

    Uwielbiałam, kiedy "moje dzieci" w przedszkolu nagle same wpadały na pomysł zabawy i bawiły się wspólnie (CAŁA GRUPA). A ja po prostu zbierałam szczękę z podłogi, widząc, jak doskonale sobie radzą i jakie fantastyczne pomysły mają. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też jak urodziłam moją 1 córkę miałam ciągłe poczucie że muszę z nią być i robić wszystko a jak usiadłam to mnie dopadały wyrzuty sumienia, ale przyszedł czas że zaczęła się bawić sama, wymyślać kreatywne zabawy i wcale nie potrzebowałam mojej obecności więc teraz daj jej tę swobodę i nie przeszkadzam w zabawie chyba że poprosi. Z młodszą nie mam już takich wyrzutów, bawi się z nią Zosia, czasem ja ale równie dobrze potrafi się zająć swoimi zabawkami...a ma dopiero 6,5 miesiąca :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...