sobota, 2 sierpnia 2014

Pogawędki. Kiedy byłam duża


- Jak masz na imię? - pyta pani w sklepie.
Joasia milczy, nieco onieśmielona.
- Joasia - odpowiadam, kiedy już widzę, że sama nic nie powie.
- JOANNA! - poprawia mnie, oburzona, nagle zapominając o onieśmieleniu.

Cóż. Kiedy się intensywnie przeżyło trzy lata, człowiek pewnie czuje się, jakby był całkiem dorosły. I Joasia tak się czuje. Czasami. Raz jest dorosła, mówi do mnie po imieniu i stara się podkreślać nasze oczywiste partnerstwo. 
- Jestem całkiem mautkim kociakiem! - oświadcza innym razem, i wtedy chce na rączki i do wysokiego krzesełka.
Jest duża i mała. Naraz.

Wspomnienia też ma w obie strony.
- Jak byłam mała, to mówiłam "poziećki" - oświadcza. Zauważyła już, że niektórzy dorośli seplenią do dzieci i uznała najwyraźniej, że tak właśnie mówią małe dzieci. Więc i ona tak musiała mówić, oczywiście.
- Mówiłaś "pokiki" - uświadamiam ją [Dowód? Proszę: klik]
- Nieeeee - nie dowierza mi Joasia.

- Jak byłam duża, to nosiłam Witula w połczu - mówi dzisiaj rano.
- Nosiłaś Witula? - upewniam się.
- Tak, tak, jak byłam duża - potwierdza łaskawie.
- Chyba jednak to ja nosiłam Witula.
- Chyba nie - kręci głową Joaśka.
Duża i mała. Jakby próbowała rolę, jakby ćwiczyła przed premierą - a do premiery jeszcze z piętnaście lat. 

Czasami przez pół dnia bawi się sama, sama bierze sobie przekąskę z lodówki, sama je, pije, sama myje ręce i sama idzie robić drzemkę. A potem nagle zamienia się w małe niemowlątko*, które płacze wniebogłosy, chce się przytulać i nie zostanie bez mamy ani na pięć sekund. 

Ale wróćmy do samodzielności. Bo przez taką samodzielność spędzamy ze sobą coraz mniej czasu. Kiedy ja mam wolną chwilę - Asia bawi się sama w swoje coraz bardziej własne zabawy. Kiedy chce się bawić - ja gotuję, usypiam Witula albo próbuję wybrać się na spacer. Mam wrażenie, że się mijamy. Że już nie wiem wszystkiego. Joanna z Zakrytymi Myślami - tak, jak pisałam w styczniu. Tylko jeszcze bardziej. Inaczej. Doroślej.  I to w dodatku tak, jakby dorośli z definicji nie mieli mało czasu. 
A czasu jest za mało, żeby spędzać ze sobą mało czasu. 

Bawi się lalkami, zwierzątkami, coś im opowiada, fabuła się toczy, ale kiedy zaglądam do pokoju - wszystko staje, zatrzymuje się, Joasia milknie i patrzy na mnie swoimi wielkimi oczami. Zaczyna się ze mną nudzić: inna rzecz, że ja też nie zawsze jestem na tyle wypoczęta**, żeby bawić się z entuzjazmem. A nie ma nic gorszego niż zabawa bez entuzjazmu, bez kreatywności, bez odrobiny szaleństwa. Więc chce sama. Więc rysujemy przez kwadrans - i koniec, i już. I wraca do swojej zabawy, do swoich opowieści o krokodylach, które mają pracę w kształcie kółek.

Czuję, że mi umyka, oddala się, że jest inaczej. I już nigdy nie będzie tak, jak na początku.
Jest taka duża. Taka śliczna. Taka inteligentna. I taka... duża.
- Już nie ma malutkiego Joasiątka - wzdycha czasem po cichutku ojciec dzieciom, trafiając na filmik sprzed roku czy dwóch.
Ano nie ma. I już nie będzie.

Nie, żeby było źle. Bo jest dobrze. Ale dzisiaj akurat mnie wzięło na melancholię i sentyment, cóż zrobić. 

Aha: zdjęcie zrobił ojciec dzieciom.

*I to nie jest masło maślane. "Małe" w tym przypadku to bardziej stan psychiczny, niż rozmiar fizyczny.
**Nawet po wakacjach pobudka o 4.40 może skutecznie zabić kreatywność na resztę dnia, niestety.

1 komentarz:

  1. niestety z czasem dzieciom jesteśmy mniej potrzebni Maja swoją koncepcje na zabawe My nie wiemy jak się bawić od cała filozofia

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...