środa, 30 lipca 2014

Zawsze muszę mieć rację


Wakacje okazały się nie tylko czasem relaksu, ale także obserwacji. I nawet wyciągania wniosków. Wniosek główny: matka musi mieć rację. Zawsze.
Dlaczego?
Już wyjaśniam. Ale zacznę od końca. A raczej - od Spocka.

Doktor Beniamin Spock, autor wiekopomnego dzieła wydanego pod polskim tytułem "Dziecko. Pielęgnowanie i wychowanie", w jednym z rozdziałów pisze: "Matka powinna nauczyć się wypowiadać swoje zdanie od razu, rzeczowym, pewnym siebie tonem, zanim się zdąży zirytować." - i dodaje, że spokojny, pewny siebie ton jest najskuteczniejszym sposobem na przekonanie rozmówcy, że matka ma odwagę bronić swoich poglądów.

Tak, właśnie tak. Że matka ma odwagę bronić własnych poglądów.
I ta obrona jest normalnym, codziennym elementem życia. Niczym innym. Zwykłym wymaganiem szacunku dla własnych decyzji, dla własnych pomysłów, prób i błędów.

Żeby uniknąć nieporozumień, wyjaśnijmy sobie od razu, że wykluczam tu sytuacje zagrażające życiu i zdrowiu dziecka. Przez te drugie rozumiem rzeczy poważne, jak częstowanie dziecka w brzuchu alkoholem. Tutaj bez chwili namysłu zwracam innym matkom uwagę. Kiedy indziej - nie. Bo nie znam sprawy, nie znam dziecka, jego przyzwyczajeń. Nie wiem lepiej: jak mogłabym wiedzieć, nie mając wszystkich danych, oceniając na podstawie kilku minut obserwacji? Ważna jest cała reszta - która zależy od matki właśnie. Od jej zdania, od jej koncepcji, od jej wizji.

Te wszystkie sąsiadki krzywiące się, kiedy nie zakładam dzieciom czapeczek, a jest tak gorąco albo tak zimno. Lekarka, która traktuje na mnie jak burą sukę, bo nie chcę zasilać kieszeni koncernów produkujących mleko modyfikowane i farmaceutyki. Matki z poprzedniego pokolenia, dziwiące się, że robię coś inaczej. Nie tak. Zmęczone czasami moim uporem i trzymaniem się własnego pomysłu. 

A ja muszę się trzymać własnego pomysłu. Muszę mieć rację, nawet wtedy, gdy się mylę. Bo kiedy jej nie mam, tracę zaufanie do samej siebie. Tracę poczucie pewności i przestaję być matką, która jest oparciem dla swojego dziecka, a zaczynam być chorągiewką na wietrze cudzych podmuchów. 

Potrafię przyznać się do błędów. Potrafię się na nich uczyć. Potrafię zrezygnować z własnego pomysłu i przyjąć cudzy. Przychodzi mi to czasami z trudem, ale na szczęście macierzyństwo w bonusie ma korzystanie z rozsądku i to pomaga. 

To, czego nie potrafię i nie chcę robić, to zgadzanie się dla świętego spokoju i natychmiast. Zakładanie czapeczki, żeby sąsiadka przestała gadać, i zdejmowanie jej za rogiem to nie jest to, czego chciałabym nauczyć moje dzieci. Dlatego zawsze muszę mieć rację. Nawet, gdy jej nie mam.

Edit: znalazłam wreszcie tekst Wielorybki, który koresponduje z moim, więc zapraszam do niej też.

1 komentarz:

  1. Uwaga na A5 W2 :)
    Pozdrawiam i szybko nadrabiam zaległości w czytaniu!

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...