piątek, 6 czerwca 2014

Smoczek, paluszek, cycek

Smoczek udaje cycek.
Paluszek denerwuje lekarzy.
Cycek przebija wszystko.

Josia odkryła, że paluszek jest bliskim zamiennikiem cycusia, kiedy miała trzy miesiące. Teraz ma trzy lata i dalej go ssie. Paluszek znaczy. O smoczku od samego początku nie było mowy. To znaczy mowa była, był też krzyk i plucie, a jedyną osobą, której udało się raz (albo dwa?) zasmoczkować małego smoka, była babcia M.  Pisałam już zresztą o smoczku, tutaj. Dzisiaj za to inaczej. I więcej - bo doświadczenia więcej.

Podobno dziecko można do smoczka przyzwyczaić. Sądząc z opowieści pani sklepowej, która zachęcała mnie do kupna smoczka, przytaczając historię swojej wnuczki, która smoczek miała do piątego roku życia i ojciec w końcu zarządzil odwyk i powiesił go na lampie, nie jest to zbyt dobry pomysł. Nic na siłę. I tak Joasia została dzieckiem paluszkowym. Jedne mądre książki mówiły, że to dobrze, bo zyskuje kontrolę nad swoim ciałem i sama może się uspokoić, nie czekając, aż mama poda zgubiony smoczek. Drugie mądre książki mówiły, że to niedobrze, bo będzie miała krzywy zgryz, że się przyzwyczai, że smoczek można zabrać i skończyć zabawę ze ssaniem, a paluszka się nie da. Obie książki miały rację.

Witul przez pierwsze sześć tygodni ssał smoczek. Troszeczkę, tylko wtedy, kiedy miał potrzebę ssania, a nie jedzenia. Traktowałam go raczej jak lekarstwo, nie jak konieczny element niemowlęcej codzienności. Potem odkrył, że może sam wyjąć smoczek z buzi, i na tym przygoda ze smoczkiem się skończyła. Miał trzy miesiące. Czekałam, aż zacznie ssać palec - ale nie zaczął.

Dzieci są różne - powiecie.
Ano są. Ale nie w tym rzecz. 
Po prostu przy drugim dziecku jestem mądrzejsza.

Co znaczy: mądrzejsza?
Że nie boję się słuchać własnej intuicji.
W dodatku jestem zła na siebie, że nie słuchałam jej od początku.

Teraz o tej intuicji.
Część mądrych książek (tylko na to wyglądają, niestety) mówi, że pierś służy do karmienia. I że jak dziecko przestaje połykać mleko, a tylko sobie ssie pierś i przy niej zasypia, to jest sytuacja nieprawidłowa. Że pierś - jak butelka. Mleko się kończy* - i do widzenia, zabieramy cycusia, delikatnie wyjmujemy małym palcem z ust dziecka, a potem smoczek i niech zasypia sobie samo. A jak marudzi i płacze - znaczy głodne i trzeba dokarmić - mieszanką, oczywiście.

Bzdury.

Pierś - to nie tylko karmienie. To czułość, bicie serca, przytulanie, bliskość, spokój, relaks, przebywanie ze sobą z miłością. Bycie razemZasypianie przy piersi jest podobno czynnością - uwaga - fizjologiczną! I prawidłową. Tymczasem nie, młoda matko, ty nic nie wiesz, bo to twoje pierwsze dziecko. Nie trzymaj przy cycku za długo, bo ci odpadnie, a dziecko się przyzwyczai. 
Przyzwyczai! 

Bardzo żałuję, że przejmowałam się tym wyjmowaniem piersi z ust, zanim dziecko puści samo. Bo to jest za wcześnie. Czasami potrzeba chwili, trzydziestu sekund, czasami dziesięciu minut. Zależy. Obserwując Joasię i Witulka, jestem przekonana, że gdybym Joaśce tego cycusia nie wyjmowała z ust zbyt wcześnie, nie ssałaby palca. Wtedy, kiedy miała trzy miesiące. I teraz. A czasami ma w buzi paluszek przez pół nocy. Przy Witulku uznałam, że to głupie i mam w nosie dobre książkowe rady. I teraz nie potrzebuje ani smoczka, ani paluszka, żeby zasnąć. Nawet piersi też nie zawsze potrzebuje - zazwyczaj, kiedy już mu wystarczy, puszcza ją, odwraca się na drugi bok i zasypia.

Patrzę na moją córeczkę, martwię się i mam żal.
Do autorów tych książek, że piszą nie do końca prawdę. Jedni i drudzy. Ci, którzy piszą, że trzeba szybko wyjąć pierś. I ci, którzy pisza, że ssanie palca jest fizjologiczne i samo przejdzie bez konsekwencji. 
Do lekarzy, że nikt z nich się tym ssaniem paluszka nie zainteresował, nie zapytał, nie sprawdził, nie powiedział, jak się może skończyć. A skończy się pewnie aparatem, bo Joasia ma coraz badziej krzywe ząbki. Nie ssie kciuka, tylko zgięty palec wskazujący, przez co jedynka z dwójką mają mniej miejsca, żeby urosnąć, a szczęka dopasowuje się do palca. Nie mam pojęcia, co będzie. Nawet nie chcę na razie o tym myśleć. 

Ale największy żal mam do siebie. Że nie wierzyłam swojej intuicji, że dałam się przekonać ludziom, którzy mojego dziecka na oczy nie widzieli albo oglądali przez dziesięć minut raz na kwartał.
Tak podobno jest  z pierwszym dzieckiem. I wcale mi się to nie podoba.


*Poza specyficznymi okresami dużego stresu i przełomów laktacyjnych w piersi zawsze coś jest. Choćby odrobinka. Taki dzban mleka bez dna. 

4 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. tam wyżej to znow ja, z filmoznawczego maila. myslałam, ze da sie usunąc cały wpis, nie tylko tresc :P co do smoczka, to pomysł trzymania w ustach takiej gumy jest dziwny. ja tam bym nie chciała. a jeżeli chodzi o zgryz, to będzie miała taki sam przy stałych zebach?

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety, też ostatnio w pewnej książce znalazłam informację, że paluszek w buzi nie jest zagrożeniem dla zgryzu aż do piątego roku życia, dopiero potem należy zacząć się martwić (!)... No, wierzyć się nie chce.
    Jak zwykle, nie ma też idealnych rozwiązań tego problemu, pewnie sama będziesz musiała wpaść na parę pomysłów i je przetestować, aż któryś zadziała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...