czwartek, 12 czerwca 2014

Jak dzieci zmieniły moje życie. Szafa, czyli paryski szyk

Dzieci zmieniają życie. To jasne. Nikt w to nie wątpi, a nawet jeśli taki się zdarzy, pierwsze sześć tygodni - co ja mówię! dwa tygodnie - odzierają ze złudzeń. Mobilność się ogranicza, system organizacji się zmienia, czas znika jak poranny sen. Zmienia się też mnóstwo innych rzeczy. Na przykład - zawartość szafy. Przynajmniej mojej. A tego się nie spodziewałam.

I nie myślcie, że chodzi o ubrania ciążowe, bo ubrań ciążowych jako takich kupiłam tylko kilka sztuk. Głównie spodnie. W pierwszej ciąży chodziłam w "swetrowych" spódniczkach i dzianinowych sukienkach, w drugiej - w spodniach z bawełnianym panelem na brzuchu. Rzeczy na górę nosiłam rozmiar (lub dwa) większe. Dzięki temu nie zostawiłam połowy majątku w sklepach z odzieżą dla kobiet w ciąży, gdzie każda rzecz, niezależnie od jakości i rodzaju, kosztuje stówę. Przynajmniej.

Po urodzeniu Joasi byłam przekonana, że zaraz wskoczę w swoje stare ubrania. Parę miesięcy to zajęło, ale wskoczyłam. Tylko, że nie we wszystkie. I to wcale nie z powodu rozmiaru, bo po obu ciążach wróciłam do tego przedciążowego.

Odpadły przede wszystkim jasne ubrania. Białe letnie spodnie potrafią w ciągu pół godziny zostać ozdobione plamami z trawy, malin, masła i kakao. Jasne bluzki noszą ślady łapek. Moja ukochana letnia bluzka z czasu pierwszego macierzyńskiego lata była w ciemnobrązową panterkę. Panterka jest w ogóle dobrym rozwiązaniem. Zdarzyło mi się nawet gdzieś przeczytać, że karmiącym matkom poleca się luźne bluzki w ciemnych kolorach i we wzorki - bo wtedy plamy z mleka nie rzucają się tak w oczy. Autor, o dziwo, nie dodawał, "jeśli będą". Bardzo adekwatnie.

Odpadły spódniczki. A może raczej - drogą naturalnej selekcji zostały spodnie. Nie od razu: póki Joasia nie raczkowała, spódnice były ok. Ale potem okazało się, że dziecko chodzące samodzielnie wymaga nieustannego kucania i schylania się, więc zostały spodnie. Ewentualnie tuniki i getry. Ponadto do spódniczek nosi się rajstopy, a kiedy tylko zakładam rajstopy, wszystko dookoła zaczyna mieć rzepy. I te rajstopy drzeć.

Do pudła trafiły też sukienki oraz bluzki, których dekolt nie nadaje się do karmienia piersią. To chyba kolejne rodziecielskie prawo Murphy'ego: jeśli choć na godzinę założysz sukienkę z dekoltem nie do karmienia, Twoje dziecko będzie chciało się karmić. Na pewno. Zrezygnowałam też z polecanych, rozpinanych bluzek do karmienia - zbyt wolno się je rozpina i tak samo zapina. Co w miejscach publicznych bywa uciążliwe.

W ten sposób moja szafa została dość znacznie ograniczona.
Co lepsze, po trzech latach okazało się, że mogę spokojnie pozbyć się większości ubrań, których nie noszę od dawna, a które zajmują miejsce jedynie z powodu mojego sentymentu. Uznałam, że nadarzyła mi się świetna okazja, więc już bez zbędnych sentymentów przystąpiłam do rekonstrukcji mojej szafy. Najpierw pozbyłam się połowy ubrań, rozdając je znajomym. Kolejną część odziedziczyła organizacja charytatywna organizująca zbiórki ubrań. 

Co mi zostało?
Niewiele.
Przede wszystkim rzeczy, które do siebie pasują. Te, które wciąż nie pasują, schowałam do pudła.

No dobrze, ale co zostało?

Spodnie. Ciemne rurki. Jedne dżinsy górsko-morskie, niestety podatne na brudzenie przez małe łapki. Getry. Topy z niedużą ilością elastanu, w których łatwo się karmi głodnego smoka. Kilka T-shirtów. Ze trzy bluzki bardziej wyjściowe niż do piaskownicy. Sukienka nadająca się do karmienia, piaskownicy, na spacer do parku i na popołudnie do znajomych. Parę małych sweterków na guziki, sweter typu "wietrzny dzień nad morzem". Bawełniana bluza. Ciepły polar. Wiatrówka. Wszystko w kolorach niemurnych, czyli maskujących plamy, które na pewno się pojawią. Wygodne, nie krępujące ruchów, zdatne do robienia zamku z piasku, gonienia po trawie uciekających dzieci, wychodzenia z nimi do knajpy z zabawkami, gotowania obiadu, karmienia, przytulania, zabawy w tygrysy, biegania na czworakach i pełzania po przedpokoju.

Och, szpilki też oczywiscie odpadają. Zostają trampki, sandały, płaskie półbuty. Z obcasem źle się pcha wózek, w szpilkach kiepsko się nosi dziecko na dłuższy dystans.

Plusem takiej zawartości szafy jest to, że wszystko pasuje do wszystkiego*. Dzięki temu unikam stania przed szafą i zastanawiania się, w co mam się ubrać, co jest procesem zbyt czasochłonnym, żeby mieć na niego ochotę. 

Gdyby mi ktoś przed porodem powiedział, że takie rzeczy się podzieją w mojej szafie, popukałabym się w czoło. A teraz jestem zadowolona. Co lepsze, mam uczucie, że od dawna potrzebowałam w szafie radykalnych zmian, ale nie miałam do tego motywacji.
I nagle motywacja się znalazła. 
Pardon, urodziła. 

*Niemal.


1 komentarz:

  1. i tak jest chyba najlepiej: mało i konkretnie. ale mnie wciąż brakuje motywacji, żeby uporządkować (czy. pozbyć się 2/3) moich ubrań. widocznie nie mam dobrej motywacji :P

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...