piątek, 9 maja 2014

Trzy!

Joasia skończyła trzy lata. Trzy! Jak zwykle w wigilię jej urodzin przypomniała mi się cała historia z trafianiem do szpitala i porodem. I ta maleńka Joasia, z wielkimi niebieskimi oczkami, rozglądająca się ciekawie dookoła, długości łokcia, ale całkiem, całkiem prawdziwa. Śliczna, chociaż długo potem, oglądając pierwsze zdjęcia, doszliśmy do wniosku, że śliczna jak świeżo urodzone niemowlę, czyli...nie tak do końca. A teraz ma już trzy lata. Trzydzieści sześć miesiecy.
Za nią - mnóstwo rzeczy. Trzy wyjazdy nad morze, które pokochała całkiem jak mamusia, zdaje się. Nieco więcej wyjazdów w góry. Spotkania, spacery, odkrycia, wózki, nosidła, foteliki, krzesełka, rowerki, ze sto książeczek w biblioteczce i gruba, pękata teczka z rysunkami. Coraz lepsza więź - a może więź w ogóle - z bratem. 

Owoce ostatniego roku to fantastyczne słownictwo, językowa kreatywność, określanie potrzeb i ich egzekwowanie (niestety). Poza tym Joasia potrafi zatroszczyć się o siebie i braciszka, szykując śniadanie złożone z parówek, chlebka i rzodkiewki. Jest mała - i duża. Sama to odczuwa: raz jest bardzo duża, o taaaaka - i pokazuje wysoko nad swoją głową, raz jest całkiem malutkim koteczkiem i trzeba ją nosić na rączkach jak niemowlę. 

Jakiś czas temu wydawało mi się, że ta potrzeba bycia maleńkim bierze się z zazdrości o Witulka - ale nie. Dzieci bez rodzeństwa mają dokładnie tak samo. Joasiątko raz chce być dużą dziewczynką, jeść sama, pić z filiżanki czarną kawę z mlekiem (uwielbiam dziecięce logiczne myślenie), sikać za drzwiami zamkniętymi na klamkę i myć po sobie miseczkę i łyżeczkę, a zaraz potem jest malutka, chce na rączki, przytulać się, domaga się karmienia łyżeczką i ma za małe nóżki, żeby chodzić bardzo daleko, bo piećdziesiąt metrów.

Przyglądając się sobie, widzę, że to rozdwojenie zostaje chyba na zawsze. Że dorośli też czasem bardzo chcą leżeć pod kocykiem z książką i nic nie musieć, nie gotować, nie sprzątać, nie pracować, robić tylko to, na co mają ochotę i dokładnie wtedy, kiedy ją mają. A czas płynie tak szybko. I nie ma już powrotu.

Same urodziny rozciągnęły nam się na kilka dni. Zdmuchiwanie świeczek tym razem z satysfakcją, w towarzystwie kuzyneczki starszej o rok bez dnia - nawet Witulek dzielnie zdmuchiwał, budząc podziw, zwłaszcza matki. Prezenty chcieliśmy - jak radzą -  rozłożyć na raty, żeby nie wszystko na raz, ale szkoda nie poużywać na wsi w piachu nowej wywrotki i nie pojeździć na hulajnodze, która - wcale nie zamawiana - została przyjęta z piskami radości i okrzykami zachwytu. Co najlepsze, tuż po tym, jak Joasia ją wypróbowała, o przejażdżkę poprosiła kuzyneczka - i moje dziecko, do tej pory kurczowo przyciskające do łona zabawki, gdy na horyzoncie pojawiało się inne dziecko, z miłym uśmiechem zgodziło się od razu. To też zmiana: podział na obcych i swoich. Swoi mogą dużo, ze swoimi można się podzielić, bez krzyku, spokojnie. Obcy - nic z tych rzeczy. Na szczęście proces oswajania nie trwa bardzo długo. Dorasta mi dziecko, co zrobić.

I pomyśleć, że już rok temu Joasia wydawała mi się niemal dorosła. 

O tym, ile razy Joasia zdmuchnęła świeczki w drugie urodziny i jak wyglądał tort, przeczytacie tutaj - KLIK!

P.S. Maj się zaczął jakoś trudno i pisanie, jak widzicie, leży i kwiczy. Ale się wezmę. Obiecuję.

4 komentarze:

  1. I od tej pory - coś ma być dalej? :) 100 lat dla Asiątka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ma być, ma! Blogger zeżarł. Dzięki wielkie!

      Usuń
  2. oj zostaje, zostaje to rozdwojenie...

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...