wtorek, 20 maja 2014

Siedemnaście mgnień oka

Co ma wspólnego radziecki serial wojenny sprzed czterdziestu lat z moim synem? Nic, poza tym, że lubię brzmienie tego tytułu. Po polsku. Dobrze oddaje zachowanie czasu, który galopuje jak oszalały koń. A jeśli zwalnia, to tylko wtedy, kiedy do powrotu tatusia został cały, długi kwadrans. 

Siedemnaście nie jest tu bez powodu, Witulek skończył siedemnaście miesięcy. A ja cieszę się z niego bardzo i już martwię, że za chwilę półtora, że bunt dwulatka już czai się u wrót, że zaraz skończy się ten cudny okres w życiu matki małego człowieka: Okres Dziecka Pogodnego. I przesłodkiego. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że czas między dwunastym a osiemnastym miesiącem jest zwyczajnie piękny.

Najmniejszy mężczyzna w naszym domu jest teraz po prostu uroczy. Urok działa nie tylko na nas, ale także na otoczenie dalsze w postaci sąsiadek - jedna z nich, zachwycona, jakiś czas temu obdarowala go misiem pandą wielkości siedzącego Witulka.Wyrazista i przemyślana komunikacja niewerbalna jest przy okazji prześmieszna. Towarzyszy temu uczucie, że oglądam niemy film na żywo, i to nie byle co, ale znakomitą komedię. Chociaż innych niż mowa dźwięków jest tu sporo. 

Sama mowa dalej rozwija się według zasady opisanej tutaj. Emocje budzą pojazdy, zwłaszcza duże lub halasujące. Dla nich Witu się wysila i oznajmia na przykład:
- Po ka!  -  i dodaje: Iju! Iju! - żebym na pewno zrozumiała, że pojechała karetka. 

Paka, tato, ka i au (koparka, traktor, karetka i auto) są bardzo interesujące. Zwłaszcza au - i wszystkie au Witu musi poklepać po drodze do piaskownicy, jakby to były konie pod wierzch, a nie mechaniczne. Co lepsze, zmiany w mówieniu następują z dnia na dzień. Przedwczoraj Witulek rozkładał rączki, żeby powiedzieć, że nie ma, wczoraj dodał do tego "n'ma", a dzisiaj mówi "ne ma". I to nie metafora.

Przedwczoraj przeprowadziliśmy też piękny dialog. Niedzielny poranek, leżymy w czwórkę w łóżku, dzieci bawią się kotami (nie żywymi, maskotkami). Jest miło i leniwie.
- O! - mówi Witu. - Pału! - i pokazuje palcem coś na szafie.
- Co tam? - pytam
- Wi-ce!
- Co widzisz?
Witu się natęża.
- Paty - oznajmia w końcu.
- Patyk? Ach, rurkę - faktycznie, na szafie lezy metalowa rurka, zdaje się, że od łóżeczka. - Ale tym nie można się bawić, wiesz?
- Ba?
- Nie można.
- Nu, nu, nu! - grozi palcem Witulek.
Jestem dumna. Rozmawiamy!

Interesujące jest też jedzenie, zwłaszcza buła i kakako, a także kako, najlepiej na miękko, pła - owsiane!, ba, bo się ładnie przeciska przez palce, poma - z tego samego powodu, ma - niekoniecznie ugotowana, choć potem wypluwa kawałki. Co do upodobań kulinarnych, szczytem marzeń jest makaron nitki w którejś wersji z przecierem pomidorowym etc. Jajka, parówki, kiełbaska, pomidory, czekolada, płatki owsiane, kisiel, galaretka, makaron. Inne rzeczy też, ale nie tak chętnie. To znaczy chętnie, ale jako odczynniki do eksperymentów. Dokładnie takich, jakie przeprowadzała Joaśka w nieco późniejszym wieku. Tyle, że bez opowiadania o tym, co się dzieje z chlebem i masłem wrzuconym do hejbatki. 

Rozwój społeczny też postępuje. W czwartek w sklepie w sklepie podjeżdżamy już do kasy, a Witu ściska w rączkach pudełko herbaty. Zamierzam najpierw wyłożyć wszystko na taśmę, a potem na moment zabrać mu opakowanie i podać kasjerce, ale nie udaje mi się -kasjerka jest pierwsza.
- Podasz mi herbatkę? - pyta.
I co? I Witu podaje, miło, uprzejmie, bez protestów. Jakby to robił co dzień, a nie pierwszy raz.

Po południu bawią się w domu z sąsiadeczką. Dziewczynki zajmują się lalkami (Idziemy odsikać dzidziusie - poinfromowała nas Joasia) - i Witulek też ma swoją lalkę. Tyle, że nie trzyma jej nad ubikacją i nie kładzie spać, ale trzyma na rękach i kręci się w nią w kółko. 
Robi lalce samolot. Jak tatuś.

Dziś z kolei Joasia, wygodnie usadowiona w łóżeczku dla lalek, mówi:
- Witu, podaj mi picie. Stoi na stole, podaj mi moją butelkę.
Jej brat rozgląda się, lokalizuje butelkę na stole, sięga jedną rączką, nie daje rady, odkłada to, co miał w drugiej i już w dwóch rączkach niesie  butelkę siostrze. 

Z butelkami też jest zresztą dobry numer, bo Joasia nabrała niemiłego zwyczaju wrzucania pustej butelki za łóżko. Ma jedną. Szukanie później długo trwa, więc ostatnio zabroniłam jej kategorycznie wrzucania i poleciłam, żeby stawiała butelkę na parapecie, skrzyni albo na stole w kuchni. I kiedy ona krzyczała wniebogłosy, że to ja mam wyjąć butelkę zza tapczanu, Witulek cichutko i sprawnie odszukał swoją butelkę i poszedł postawić ją na półce w przedpokoju. 

Co najlepsze, Witu dobrze wie, co znaczy zanieść na miejsce i potrafi odłożyć, gdzie trzeba, sporo przedmiotów. Wiem, że ta chęć do sprzątania mu przejdzie, ale na razie cieszę się jak głupia za każdym razem. Przy Joasi się tak chyba nie cieszyłam, ale ona mówiła o wiele wcześniej i przez to sprawiała wrażenie starszej, nawet na mnie. Witulek za to jest człowiekiem czynu i nie mówi, tylko robi.
Wczoraj po drzemce znalazł na podłodze kubek po kawie - kiedy spał, bawiłyśmy się z Joasią i jadłyśmy drugie śniadanie.
- Ooo! - zawołał, po czym schylił się, żeby podnieść kubek.
- To mój kubek, Witulku.
- Tam!
- Tak, trzeba go zanieść tam, do kuchni. Może ja zaniosę?
Mój syn kręci przecząco głową i rusza do kuchni. Odstawia kubek na blat. Jest z siebie dumny. Ja z niego też.

Siedemnaście miesięcy.
A ile przed nami, ho, ho!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...