sobota, 3 maja 2014

Pogawędki. Na wsi


 Jak zwykle, na wsi wypadają urodziny Joasi.
- Wiesz, niedługo będą twoje urodziny. I dostaniesz prezent. Jaki prezent chciałabyś dostać? – pytam zapobiegliwie ze dwa tygodnie przed wyjazdem. W głowie pojawia mi się szybka lista robocza: autko do odpychania się, takie, jak ma B., albo może kuchnia - wielkie bydlę zajmujące z metr kwadratowy i uwagę dzieci na przynajmniej godzinę, jakieś nowe książeczki…
- Kota.

- Kota? – pytam zdumiona i z lekka przerażona. – Takiego żywego?
- Tak!
- I co byś z takim kotem robiła?
- Tak bym go nosiła na rączkach tutaj, i przytulała!
Niedobrze. Co prawda wydaje mi się, że ja sama chciałam mieć kota, od kiedy przeprowadziliśmy się do mieszkania w bloku i koty zostały na wsi, czyli od czwartego roku życia. Ale Joasia ma dopiero trzy lata! I to niecałe!
- Ale kotki nie lubią mieszkać w mieszkaniu, lubią domki z ogródkiem – kombinuję. - Gdyby kotek chciał wyjść na spacerek, nie umiałby sam zjechać windą.
- To ja bym z nim zeszła po schodach – oświadcza Joasia, która w rozwiązywaniu problemów jest naprawdę dobra.
- Ale kotek musiałby być na smyczy, jak piesek, a kotki nie lubią chodzić na smyczy – mówię.
- Ten by lubił – rzuca lekko moja córka.
Podejrzewając, że inne argumenty sprzątanie kuwety, wspólne podróże z kotem i inne takie (wiem, co mówię, miałam swego czasu dwa koty) na pewno nie zrobią wrażenia na moim dziecku, przechodzę do kontrataku.
- Joasiu, nie możemy na razie mieć żywego  kotka, wiesz?
Cisza, z gatunku tych smutniejszych. Och, mały króliczku. Wiem. Ale naprawdę się nie da.
- Ale możesz dostać miłego kota-maskotkę do przytulania, co ty na to?
- Chcę –oznajmia Joasia po krótkim namyśle.
Uff. Rozsądne stworzonko.

Przed wyjazdem od rana załatwiamy różne ważne sprawy. Witu śpi, Joasia nie ma już ochoty biegać i siedzi sobie w wózku. Dobry moment na pogawędkę.
- Pamiętasz, że dzisiaj wieczorem jedziemy na działkę?
- Taaaak!
- I co tam będziesz robić?
- Yyyyy – zaczyna Joasia, która jest dobrym obserwatorem i zauważyła, że mamusia czasami tak zaczyna zdanie. – Będę się opalać!
- O! A jak to się robi? – udaję głupią, bo jestem ciekawa definicji opalania.
- Leży się na w słoneczku na leżaku, albo na kocyku!
- Lubisz leżeć w słoneczku?
- Bardzo!
No cóż, to zdecydowanie jest moja córka.

Pierwszy dzień na wsi - piękny. Słońce świeci, wiaterek leciutki, sielanka. Rozkoszujemy się pogodą. Joasia przesiedziała już trochę w piaskownicy, pozbierała mlecze, podlała kwiatki nową konewką, a teraz siedzi na swoim małym krzesełku.
- Przynieś mi bańki! – wydaje polecenie.
Nie lubię tych jej poleceń, więc mówię:
- Przynieś sobie sama, dobrze?
- Nie chce mi się, opalam się – odpowiada moje trzyletnie dziecko.
Mnie też by się nie chciało.





2 komentarze:

  1. Ja też mam alergię na dziecięce "polecenia", więc z iloma dziećmi tylko miałam do czynienia, wpajałam im słowo "proszę". Brzmi zdecydowanie lepiej. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie. Chociaż egzekwowanie bywa dosyć męczące:)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...