środa, 7 maja 2014

Po górach

dolinach... A nie, to nie to. Wróciliśmy z gór. I jakoś tak płasko dookoła. Żeby sobie zrekompensować, pojechaliśmy popatrzeć w górę. Na żyrafy. Bardzo sympatyczne.

Ale miało być o górach. Nasze góry to nie takie znowu góry przez duże G, bez skojarzeń, tylko góry po prostu, góry na wsi, zrelaksowane i w gumiakach. Niby strome, ale swoje, niby oswojone, ale znienacka potrafią potraktować gradem. Tu jakieś widoczki, żaglóweczki na jeziorze, zachodziki słońca, gwiazd w nocy tyle, że Witulek by się nimi bawił z godzinę, gdyby Nocka nie była zła. Och, to byłaby przednia zabawa: migotliwe kuleczki-gwiazdeczki przesypujące się ze słoiczków do pudełek i przez paluszki na trawę. Póki co - piasek. Też dobry, choć nie migocze, za to poddaje się wyobraźni jak trzeba. Więc górska piaskownica, prawie taka, jak zwyczajna, ale mała, niebieska, w środku dwa smoki piaskowe, za nimi - łąka, za łąką - las, za lasem - dolina, za doliną - jezioro, a za jeziorem - góry, błękitne albo całkiem granatowe, zależy od dnia. I godziny. I słońca. Górskie słońce wyprawia z nami różne rzeczy: rozbiera, opala, grzeje i suszy. Wiatr zazdrości, jak w tej starej bajce o wędrowcu w płaszczu. Głaszcze, policzkuje, zabiera ciepło, pędzi dmuchawcowe spadochrony nad wstążeczką asfaltu, aż nad łąkę jaskrów i tych małych, niebieskich kwiatków, które wcale nie są bluszczykami kurdybankami.





Joasia górami zachwycona, bo dla niej góry to działeczka, to przycinanie trawy nożyczkami, podlewanie kwiatów konewką, zresztą nie tylko kwiatów, wszystkiego, co się da. Kota też. Kot nie lubi, kiedy się go podlewa. Za to lubi, kiedy się go karmi, bo waży mniej więcej tyle, co trzy kostki masła. Witulek lubi karmić kota. Prosi o chlebek, potem woła: "Ko! Am! Mniam!" i kruszy mu kawałeczki, a kot przybiega i wylizuje z trawy te kruszynki, jakby nie był kotem, tylko kurą albo gołębiem. Gołębie też są, na szczęście z daleka, krążą wokół domu sąsiada dalszego. Sąsiad bliższy gołebi nie hoduje, tylko kury właśnie, kota i chyba psy, które są małe i boją się przyjść. W południe za to przyjeżdża koń, orze ziemię za drogą, pod gruszą, na łące, za nim sąsiad z workiem, w worku ziemniaki, oglądamy konia - zobacz, Wituś, to konik, konik, chcesz pogłaskać konika? Witu nie chce, koński łeb jest większy od niego samego, koń się przysuwa i niemal łasi, Joasia przytula się mocniej do tatusia, jak się głaszcze, z boku, nie mamy jabłuszka, koń wraca do przerwy i trawy, dzieci wracają na ziemię, na kamyczki i asfalt, boso.



Ja też boso, z aparatem, kłuje? - pyta I., patrzy na mnie jak na zjawisko, koń jest jego właśnie. Nie, nie kłuje, całe życie latem chodzę boso, nad morzem czasami zakładam buty tylko do kościoła albo jak spadnie deszcz. W górach tak dobrze nie ma, w górach stopy marzną, kiedy kapryśne słońce wtula się w pierzynę z chmur, innymi chmurami się bawi jak autkami, zderzają się i bum! - jest burza, pioruny biją, jeden bije nawet na zdjęciu, na pierwszym planie mama i Witu, na drugim - piorunek, mała błyskawiczka dyskretnie zagląda z górnego rogu w głąb kadru, pokaż, pokaż, rzeczywiście! A potem już nie ma zdjęć, bo grad. Nagle robi się dziewięć stopni, pietruszka nie przykryta i pewnie ją poszatkowało. Deszcz robi kałuże, potem Witulek będzie mógł pierwszy raz w życiu tupać i chlapać w swoich niebieskich kaloszach, Asia będzie mu towarzyszyć w żółtych, wrzucając kamyki do wody i sprawdzając, które się rozpuszczą. Ale zanim ten deszcz i grad, i ziąb, i wiatr - słońce, piasek, woda, trawa, bose stopy, mokre rękawki i nogawki, koń, kot, w końcu ognisko, a po tym wszystkim Witulek, położony na chwilkę na łóżku, uśmiechnie się od ucha do ucha i będzie leżał bez ruchu, z bardzo zmęczonymi rączkami i nóżkami, aż sen przyjdzie sam i go przytuli, a mama będzie siedziała obok i patrzyła ze zdumieniem, jak jej dziecko zasypia, spokojnie, pięknie i słodko.

Tak działają góry. 

2 komentarze:





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...