piątek, 16 maja 2014

Plucha, króliki i naleśniki owsiano-gryczane

Leje. Zimno. Świetne światło, ale z domu nie bardzo można wyjść, bo leje. I zimno. Aparat nie lubi moknąć, matka też nie, przynajmniej nie w temperaturze poniżej 10 stopni. Co gorsza leje (i zimno) od wczoraj, więc siedzimy w domu, używając kulturalnego eufemizmu. Ale coś fajnego w tym deszczu jest.

Wczoraj matce nic się nie chciało. Nic, to znaczy: sprzątać. Matka postanowiła więc nie sprzątać, tylko się obijać.  Dzieci od rana bawiły się na zjeżdżalni z drzwi od szafy, ale coraz bardziej niemrawo, więc żeby obijać się dłużej, matka zrobiła im domek ze sznurka, prześcieradeł, koców i poduszek. Zachwyt. Wieczorem okazało się, że na obijanie składa się: skończenie książki  (cudzej, "W dniu urodzin Wandy June", moja miłość do Vonneguta w pełni uzasadniona) uszycie trzech czwartych królika, napisanie tekstu, uszycie siłą rozpędu pieluszki dla lalki sąsiadki, nadrobienie rozmaitych zaległości mailowych i im podobnych, obejrzenie jednego odcinka Sjutsów oraz napisanie kolejnego tekstu, bo Sjutsi okazali się nudni. Matka skończyła dzień w zabałaganionym mieszkaniu z poczuciem, że to był fajny dzień, ojciec dzieciom posprzątał, więc postanowiła dzisiaj działać tak samo.

W związku z tym postanowieniem w domu pojawił się kolejny, dawno temu obiecany Witulkowi królik. A kiedy Witu wstal po drzemce, zasnęła Joasia, więc matka i syn poszli razem zrobić szybki obiad. Okazało się to nieco problematyczne, gdyż makaron nitki okazał się fatamorganą.
Cóż. Bywa.

- Zrobimy kluseczki - oznajmiłam z nadzieją, że może akurat zje, zwłaszcza w towarzystwie sosu pomidorowego.
Witulek podszedł do pomysłu entuzjastycznie, co w praktyce oznacza, że wzięty na ręce nie dał się odstawić i zajmował mi lewą rękę aż do utraty sił, czyli około dziesięciu minut. W tym czasie prawą ręką wbiłam sobie dwa jajka do miski, wlałam pół szklanki wody, sięgnęłam po mąkę i nie znalazłam.
Ups.
Asia śpi, deszcz leje, nawet, gdyby nie lał, nie mam jak wyjść.
Skoro w puszce nie ma, może w szufladzie.
Nie ma.
To może w szafce na dole.
Nie ma.
Witu coś tam głośniej popiskuje o obiedzie, czyli mam około pięciu minut, żeby go zrobić.
Hm.
Głodne dziecko bardzo motywuje zwoje mózgowe do wysiłku, więc przyjrzałam się zawartości półek kuchennych. Potrzebuję mąki, tak? Mąka może być pszenna - nie ma, żytnia - nie ma, kartoflana się nie nadaje, a może by tak owsianą? Płatki owsiane są, młynek do kawy jest.
- Bzitamy - uprzedziłam Witula, bardzo zainteresowanego rozwojem sytuacji.
No i proszę, wspaniała mąka owsiana. Tylko coś jej mało. Co by tu jeszcze? O, kasza gryczana biała. Widziałam już przepis na placuszki z kaszy gryczanej. Git. 
- Bzitamy jeszcze raz.
- Ooo!
No dobrze, teraz ciasto wygląda jakby lepiej. Tylko czy wyjdą z niego kluski kładzione? Nie mam bladego pojęcia, co się stanie z tym ciastem po gotowaniu. Może nie ryzykujmy. Może... naleśniki? 
Stawiam trochę obrażonego Witula na stołku przy blacie. Dolewam trochę mleka, potem trochę kefiru, jeszcze trochę mleka, sól, może odrobina cukru? I stopione masło. Będą naleśniki ćwierćfrancuskie. 

Smażę. Jest dobrze. Przychodzi mi do głowy, że przecież mogłam zapukać po mąkę do sąsiadki. Eureka, tyle, że za późno. Bywa. Próbuję. Pyszne. Smaruję Witulowi naleśnika sosem pomidorowym. Przygląda się temu z satysfakcją. Nic dziwnego, mógłby się żywić przecierem pomidorowym, jajkami i owsianką. 
- Spróbuj, Witu - zachęcam.
Próbuje.
- Mniam, mniam, mniam - mówi tonem miłego zaskoczenia.
Uff.
Teraz jeszcze wersja dla Joasi i ojca dzieciom i obiad będzie z głowy. Nie ma to jak deszcz. Zdecydowanie dobrze robi na kreatywność.

Więcej (i zabawnie) o deszczu - tutaj

P.S. Gdybyście mieli wątpliwości, tak zazwyczaj wygląda moje gotowanie.

P.S.2: Wszystkich, którzy czytali przed poprawką, przepraszam za nieortograficzność - napisałam "pszenna" przez RZ,  a potem, sprawdzając, trzy razy tego nie zauważyłam! Zgroza! Kurtyna spada z trzaskiem, informując, że ostatnia taka pomyłka zdarzyła się matce po nieprzespanej nocy i męczącym dniu. Matka wtedy zapisała fonetycznie pewien wyraz, zdaje się, że to były PSZETFORY, zaraz potem przeczytała, co napisała, obudziła się z wrażenia i uznała, że czas spać. Sami widziciee, że historia lubi się powtaszać.

Zajrzyj też tu i zobacz, jak się robi domowe lizaki:






9 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dziękuję, i naprawdę były niezłe:)

      Usuń
  2. też mielę płatki owsiane, to jest bardzo dobry patent!

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja znalazlam dwie wpadki. Zgadnij, gdzie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm. Na wszelki wypadek poprawiłam cztery :P

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...