poniedziałek, 26 maja 2014

Dzień [jak co dzień] Matki

Powinno mnie tu nie być. Powinnam być daleko, na wsi, w górach, cieszyć się słońcem i dziećmi bawiącymi się samodzielnie na trawie. Ale jestem, jestem dalej chora i moje próby ogarniania dzieci wychodzą źle. Bez względu na to, że jest Dzień Matki.
Rano nie jest jeszcze tak kiepsko. Gardło już mnie nie boli, więc może pojedziemy dzisiaj. Ale kiedy dokładnie, nie wiadomo, choć od soboty codziennie pytają o to przynajmniej trzej członkowie rodziny. Wstajemy w dobrym nastroju, choć pierwsza mała awanturka ma miejsce o szóstej rano - ojciec dzieciom poszedł do pracy na piątą i nie ma kto zrobić Joasi kakałka.
- Tatusiu, zrób mi kakałko! - woła z łóżeczka zaspany głosik.
- Ja ci zrobię,bo tatuś już poszedł do pracy, dobrze?
Chwila ciszy.
- Tatusiu, zrób mi kakałko!
- Nie ma tatusia, ja mogę ci zrobić kakałko.
- Tatusiu! Zrób mi kakałko!
- Tatusia nie ma, kochanie, poszedł już...
Ryk.
Po chwili ryczący tygrys przychodzi się przytulać. Przysypia. Kiedy się budzi, patrzą na mnie z bliska małe oczka i Joanna komunikuje:
- Możesz mi zrobić kakałko.
Tak, tylko że z drugiej strony właśnie przed chwilą Witulek przyssał się do cycusia.
- Dobrze, tylko skończę karmićWitulka.
Podkówa, ale przytulamy się i jest dobrze.

Śniadanie.
- Chcesz owsiankę?
- M-m - kręci przecząco głową Joasia.
- Może kiełbaskę?
- Nie.
- Może jajko?
- Nie. Chcę pomarańczę. I rzodkiewkę.
Zanim zdążę się ruszyć, zagląda do lodówki po rzodkiewkę i znajduje galaretkę. Ogłasza bratu, co znalazła. Witu porzuca pomidorka i kiełbaskę i też chce galaretkę.
Poddaję się. Jest ósma rano, termomertr pokazuje prawie trzydziesci stopni, wypili kakałko, niech już zjedzą galaretkę.

Potem małe sprzątanie, pranie, to i owo.
- Chcę wody do butelki - żąda Joasia.
Idę nalać.
- Nie chciałam samej wody, tylko wody z sokiem!
- Nie ma soku - mówię.
Joasia odstawia butelkę.
Jasne.

W końcu wychodzimy na spacer. Spotykamy się z K. i jej miesięcznym synkiem. Ach, przepraszam, pięciotygodniowym. Spacerujemy. Kupujemy bułeczkę, jak zwykle, smoki zaczynają jeść, ale ciocia K. chce dzieciom\kupić ciasteczka. I kupuje. Joasia nie chce już bułeczki. Chce ciasteczko.

Witu zasypia, wstępujemy na plac zabaw, Joasia z radosnym piskiem wspina się na mini-ściankę i zjeżdża ze zjeżdżalni. Przez chwilę jest dobrze. Potem wracamy do domu, budujemy z klocków domek dla królika, kota i psa. Potem Witulek wstaje i Joasia biegnie pukać do sąsiadki. Sąsiadka jest. Bawią się w trójkę - Wiki, Witu i Joasia. Ale Witu jest głodny, więc robię specjalnie dla niego makaron.
- Ja też chcę! - woła Joasia na widok miseczki z jedzeniem.
Nakładam.
Zagląda, próbuje, grzebie widelcem dwa razy.
- Nie chcę już jeść - krzywi się w końcu.
Witu też nie chce, skoro Joasia nie je.
Grrr. Nie pamiętam, kiedy ostatnio Joasia zjadła obiad. W ogóle, nie, żeby ze smakiem. Do tej pory uważałam, że dobrze gotuję, ale ostatnio zaczynam czuć się sfrustrowana. Joasi nie smakuje nic. Poza słodyczami, rzodkiewką i pomidorami, oczywiście.
Witu przynosi swoją i Joasi butelkę. Podaje jej ładnie, ale Joasia wyrywa mu ją z ręki. Oho, zdaje się, że skończyła mi się cierpliwość. Umawiałyśmy się, że jeśli jeszcze raz wyrwie coś bratu z ręki, zamiast go poprosić, żbey oddał (a oddaje!) - zabieram i chowam.
Cóż. Padło na butelkę.
Ryk.
- Oddam ci butelkę, jak przeprosisz Witulka.
- Nie!
To nie, córeczko.
Jeść też nie chce, więc zabieram miseczkę, zanim Witu zacznie w niej przeprowadzać eksperymenty. Wiki za to - podobno wyjątkowo - zjada pięknie. I dostaje czekoladkę. Chce poczęstować Joasię i Witula.
- Joasia i Witu nie będą jeść czekoladki, dopóki nie zjedzą obiadu, Wikusiu - mówię.
Asia w ryk. Obraża się ciężko i idzie do domu. Witu też chce do domu na cycusia. Więc idziemy.
Witu się cycusi i idzie się bawić, za to od Asi dowiaduję się metodą pytań pomocniczych (nie sugerujących odpowiedzi), że mnie nie lubi. Właściwie to nie lubi nikogo poza tatusiem, Wiki i babcią M. Nie lubi też być w domu, lubi być tylko w piaskownicy, a poza tym nigdzie.
- Nie lubisz mnie? - pytam.
- Nie! - odpowiada hardo Joasia.
- Ani trochę?
- Nie!
- A kochasz mnie?
- Nie! - rzuca, ale zaraz się jednak orientuje, że to przegięcie, i zarzuca mi ręce na szyję.
Może już będzie dobrze.

Ale nie jest. Potem dzieje się jeszcze dużo, dużo innych niemiłych rzeczy. W końcu Asia bierze się za malowanie,a potem przynosi na kanapę koc i poduszkę i zasypia. Nie prosi o kakałko, bo musiałaby mnie przeprosić. Sprzątamy, w końcu krzyczę na Witula, który otwiera szufladkę z proszkiem w pralce, która właśnie pierze. I czasami kopie. Witulek jest biedny. Przytulamy się. Jest mi glupio. Jest mały, poza tym na nikogo nie powinnam krzyczeć. Sytuacja w miarę opanowana. Witu próbuje z pralką jeszcze raz. Pralka go kopie. O, matko. Robimy jeszcze to i owo, wszystko jest źle, po trzeciej próbie podania obiadu poddaję sięi daję Witulowi serek. Zjada go do połowy, potem żąda cycusia i zasypia.
Podliczam, co też moje dzieci dzisiaj zjadły i zastanawiam się, czy jutro nie obudzą się chore. Tylko nie to. 

Kwadrans później wraca mocno spóźniony, bo złapała go burza, ojciec dzieciom. Zamiast "Daru Pomorza" pod pełnymi żaglami zastaje spalony, zatopiony i zakatarzony wrak. Oraz brak obiadu.

Niedługo potem budzi się Joanna i następuje dalszy ciąg przedstawienia pt. "Obraziłam się śmiertelnie i nie przeproszę mamusi". Nauki wychowująco-umoralniające tylko pogarszają sprawę. W końcu budzi się też Witu, przytulamy się (w podgrupach, bo ja Joasi nie mogę, zabrania mi), łaskoczemy, aż ostatecznie Joasia bierze się w garść i przeprasza. 
Potem jest jakby lepiej. 

Dzień Matki, hu, hu, hu.
Żadne tam kwiatki, buziaki, wierszyki i czekoladki.
Życie, twarde i nieuprzejme. Dzień Matki bardziej jak Dzień Szakala, tylko bez ostrych nabojów.
Dzień Matki - jak co dzień. 

P.S. Gdybyscie po przeczytaniu tego ponurego tekstu mieli ochotę na coś zabawnego - zajrzyjcie do wpisu o znaczącym tytule: Tydzień walki z bałaganem

10 komentarzy:

  1. Skąd my to znamy... ech Marta całym matczynym sercem jestem z Tobą. Jak wracam z pracy ręce mi opadają. Tatuś tylko fotki pokazuje z coraz śmielszych występów Zuzy, a to zasypka rozsypana po całym domu a to moje książki wędrujące albo ciuchy bo przecież nie mogą sobie powisieć na suszaku albo nie daj Boże w szafie, a to wszędobylskie kakao na pościeli, na meblach i gdzie tylko może a kubek niekapek ponoć zwrócenie uwagi i umoralniające gadki powodują eskalacje i jeszcze większe złośliwości... dużo by pisać. Wracaj do zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, nie, żeby mi się podobało, że inni też tak mają, ale trochę mnie pocieszyłaś:) poza tym okazało się dziś, że obie z Joachą mamy wirusa. I to wiele wyjaśnia w kwestii wczorajszego dnia. A przynajmniej łudzę się, że to przez chorobę, a nie przez... hm... charakterek.
      Dzięki!

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Skoro tak mówisz, porzucam wszelką nadzieję. Phhhhh.

      Usuń
  3. Ja tak mam dzisiaj. ;) Tylko, że cały czas sobie mówię, że Rybka jest jeszcze malutka. Chociaż krzykopłacz przy każdym wstawieniu do wózeczka/krzesełka w zamian noszenia na rączkach, to wcale nie jest przypadek i na to już się nie nabieram. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzykopłacz. Celne.
      Chciałabym Ci napisać, że to przejdzie, ale powiem Ci jak mężczyzna mężczyźnie - będzie gorzej. I lepiej jednocześnie. Poważnie.

      Usuń
  4. Dzielna jesteś! najtrudniejsze wydaje mi się to, że jeden buntownik - Asia pobudza drugiego, jeszcze nie świadomego 'o co się rozchodzi' Witula. i to właśnie, wnioskując z Twojego, opisu wydaje się trudne do opanowania.. Eh wszystko przede mną, na razie u mnie płacz przez wychodzące zęby, czy swedzące uczulenie, rzadziej jak czegos nie dam do zabawy (np. ksiązki) czy nie będę nosić po całym pokoju a rekach. Ale Synek ma dopiero 10 miesięcy. Mam nadzieję, że kolejne dni okazały się lepsze i lepsiejsze :) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się okazało, Joacha na drugi dzień się rozchorowała, więc zwalam winę za ten wspaniały Dzień Matki na paskudnego wirusa. O.
      Ale chłopcy jacyś pogodniejsi mi się wydają :)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...