piątek, 4 kwietnia 2014

Guzik i cztery żyrafy

Dawno nie było o książeczkach, co nie znaczy, że nie czytamy. Joasia czyta, jak najbardziej, zazwyczaj jako czytnik służy mamusia albo tatuś. Za to Witul - do niedawna nie bardzo. Do niedawna, bo trafiliśmy wreszcie na serię, która bardzo przypadła mu do gustu.

Zanim na nią trafiliśmy, byłam skłonna uznać, że małych mężczyzn bardziej interesuje robienie hałasu i aktywność fizyczna niż oglądanie obrazków (mimo wszystko). Oglądanie książeczki w wykonaniu Witu było raczej intensywnym studiowaniem mechaniki książki niemowlęcej kartonowej, niż przyglądaniem się jej treści. A jego siostra w tym wieku była w stanie spokojnie słuchać czytania przez czterdzieści minut, i to z powtarzaniem całych fraz z opowiadania! Kilka książeczek, których wydawca nie był przewidujący*, skończyło marnie, obdarte ze skóry. Inne doznały poważnych kontuzji i przestały się zamykać. Aż tu nagle odkryłam zachomikowane w szafie książeczki dla maluchów, a wśród nich - dwie sztuki z Zielonej Sowy, niezbyt przez nas z małą Joasią czytane.Zdecydowanie w tym wieku wolała historię o Milusiu (tutaj przeczytacie, co w niej takiego fajnego), niż oglądanie pojedynczych obrazków. 


A Witu nie woli.
Witu lubi konkrety. Nie lubi zamieszania, zbyt dużo treści (obrazkowej) wyraźnie go męczy. Kolekcjonuje zasady działania, a nie słowa. Po jednym obrazku, na którym dużo się dzieje, woli zabawiać się szybkim przewracaniem kartek, niż oglądaniem. Za to seria z Zielonej Sowy przyciągnęła jego uwagę na dłużej. Takie na przykład żyrafy albo różowy guzik wbudzają w nim szczery zachwyt i piękną niemowlęcą radość.
- Guzik - mówię, a Witulek zaśmiewa się do rozpuku.
- Żyrafy - dorzucam. Kolejny wybuch śmiechu. A potem jeszcze są kamyki i kwiatek, też budzące dziki zachwycik. 
Inna rzecz, że praktykujemy czytanie interaktywne. Czyli nie tylko pokazuję małemu stworzonku paluszkiem, że to jeż, ale informuję, że robi "kłuj kłuj", popierając informację łaskoczącym kłujem paluszkowym.
I Joasia, i Witu uwielbiają takie czytanie. Do tego stopnia, że Witu ostatnio wysilił się i oznajmił "Ci-ta". 
(Czyli jednak idzie w ślady siostry)



Wracając do serii: poza prostą zasadą, że jedna rzecz na jednej stronie, fantastyczne jest też to, że rzeczy na zdjęciach są sfotografowane, nie narysowane. Mieliśmy raz taką książeczkę, o której autorze oraz wydawcy będe milczeć nawet na torturach, w której był narysowany zegar z oczami. Joasia twierdziła, że to kotek, a obrazek nie był niestety przypadkiem odosobnionym. Do tego każda strona ma inny, żywy kolor. Estetycznie też dobrze jest, no i obrazków w książeczce jest dużo. 

Dodatkową zaletą książeczek jest to, że są małe - czytaj: łatwo mieszczą się w torebce, lekkie - małe łapki operują bez trudu, i trudno jest im wyrwać okładkę i pozaginać strony. Z czego to ostatnie dla mnie, wychowanej w szacunku do książek, jest chyba najważniejsze. 

Witu za to nauczył się już naszego ulubionego sposobu czytania: przynosi kocyk, włazi na kolanka, a dzisiaj wdrapał się do bujaczka i rozłożył się w nim wygodnie z małą książeczką w rączkach. Cudny widok. Rośnie kolejny pożeracz książek, jestem pewna. 

*A może właśnie był przewidujący i przewidział sukces polegający na sprzedaży wielu egzemplarzy, a nie niewielu niezniszczalnych, które starczą dla trzech pokoleń.

Wydawnictwo: Zielona Sowa
Seria: Rosnę i poznaję
Ilośćstron: 16
Cena: ok. 5 zł



2 komentarze:

  1. nie mogę znaleźć odnośnika do gwiazdki dotyczącej nieprzewidującego wydawcy. czy ma jej tam nie być?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ma! znaczy ma! znaczy już poprawiam, dzięki:)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...