czwartek, 10 kwietnia 2014

Drobiazgi, czyli nieco sensorycznie


Guziki, koraliki, szklane kulki, spinki, orzechy, nakrętki, kamyki, fasola, soczewica, kasza i makaron. Tak, to Witul dorósł do tego wieku, w którym bardziej niż przeżuwanie interesuje go przesypywanie. Dzięki temu jestem w posiadaniu potężnej broni, pacyfikującej małe stworzonko na około pół godziny. Drżyjcie, brudne gary.

Przemieszczanie materii z jednego pojemnika do drugiego jest fascynujące: dla dzieci i dla obserwujących je dorosłych też. O miłości Joasi do drobiazgów pisałam już kiedyś przy innej okazji (jak to wyglądało w praktyce, można przeczytać tutaj), teraz zabawa nieco ewoluowała, bo Asia układa sobie przedmioty kategoriami - kamyczki do kamyczków,  koraliki do koralików, fasolki do fasolek. Witulek nie kategoryzuje. Odczuwa za to czystą przyjemność przy zwykłym przesypywaniu, mieszaniu, wyjmowaniu fasolek z jednego i wkładaniu do innego kubeczka. Co prawda dalej stara się wszystkiego spróbować, ale już bez przesady i trzymania drobiazgów w ustach oraz bez doprowadzania matki do stanu przedzawałowego. Na polecenie "wypluj" posłusznie wypluwa, co tam ma w buzi, chyba że akurat jadalne i smaczne, wtedy stanowczo protestuje.




Dygresja.
Zeszły rok, dziewięciomiesięczny Witul w piaskownicy ukradkiem pakuje do buzi kamyki, gdy robię Joasi babki. Zauważam w końcu te kamyki. Pochylam się do niego i mówię:
- Wypluj!
Witulek wypluwa.
Mama dwóch chłopców, siedmio- i dwuletniego, patrzy na to ze zdumieniem i podziwem. W końcu mówi:
- Pani to ma żelazne nerwy.
Odpowiadam, że to kwestia przyzwyczajenia, ale tez jestem zdumiona. Ja mam jednego małego synka - a ona dwóch, i to sporych. I to ja tutaj mam żelazne nerwy?

Wracając do drobiazgów: jakiś czas temu postanowiłam zaprowadzić w nich porządek, odnosząc przy każdej okazji wrażenie, że mnożą się przez podział jak bakterie, gdy tylko się odwrócę. Długo szukałam odpowiedniego pojemnika, celując w pudełko wędkarza, którego albo nigdzie nie można było dostać, albo kosztowało horrendalne pieniądze. W końcu, przy okazji odwiedzin w Ikei, odkryłam pudełko z wkrętami. Estetyczne, bezpieczne, bez ostrych fragmentów, łatwe do otwierania, zamykane za to porządnie i nie otwierające się znienacka samoistnie. (dlaczego lubię Ikeę, pisałam już tutaj). Wkręty powędrowały do szafki z narzędziami tatusia - a pudełko trafiło w małe łapki. Co prawda, od kiedy Witul się nim zainteresował niespożywczo, zauważam potrzebę zdublowania pudełka, gdyż jedno bywa przedmiotem głośnych sporów, ale póki co dzieci muszą się dzielić - i już.



Z tego zafascynowania drobiazgami rodzą nam się eksperymenty sensoryczne. No bo tak: szklane kulki gładkie i chłodne. Stalowe kulki (chyba z łożyska) - ciężkie i zimne. Guziki plastikowe - ciepłe i lekkie. Guziki z masy perłowej - lekkie i chłodne. Kamyki ciężkie i chropowate, ale kamyki mamusi (czytaj: wisiorki z kamieni półszlachetnych) - znowu gładkie i zimne. Drewniane duże korale mają duże dziurki i przechodzi przez nie sznurek, a małych nie da się nawlec. Jedne i drugie są ciepłe, w przeciwieństwie do koralików ceramicznych z pracowni dziadka K. Joasia zauważa i spostrzeżenia werbalizuje, Witu tylko zauważa i popiskuje przy tych fajniejszych. Ewentualnie mówi "Fa!" - co oznacza "Fajne!". Poza tym w pudełku pojawiają się różne inne rzeczy: a to słonik, a to żółw, a to miś, świnka czy żaba. I od razu jest ciekawiej.

Pudełko mieszka w pokoju, za to w kuchni eksperymentujemy z produktami spożywczymi. Mąka, mak, makaron, fasola, soczewica, dynia i słonecznik, orzechy laskowe, kasza taka i owaka - a wszystko się miesza, wysypuje, daje zagarniać i zrzucać na podłogę niestety też.



Bardzo, bardzo rzadko, w przypływie dobrego humoru matka pozwala dzieciom do eksperymentów włączyć wodę. Lub po prostu nie zabiera płynów już włączonych, jak na przykład herbatki czy płatków z mlekiem. Wtedy też jest ciekawie - i dużo do sprzątania, ale nie ma dobrego eksperymentu bez sprzątania - przynajmniej w tym wieku. Dziecięcym, nie matczynym.



Ziemia i nasiona (tudzież ziarna) wciąż pozostają wysoko na liście (jak sialiśmy - do obejrzenia tutaj). Joasia chodzi, ogląda worki z ziemią i keramzytem, torebki z nasionami i doniczki na balkonie, piasek do lawendy i coraz odważniej sobie poczynające ziółka i pyta tęsknie, kiedy znowu będziemy siać. Będziemy, córeczko, i to całkiem niedługo. Rzeżuchę dla baranka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...