środa, 5 marca 2014

Siejemy!

Stęskniłam się za wiosną. I za świeżą bazylią, bo nasza ze trzy tygodnie temu ostatecznie uznała, że jest rośliną jednoroczną i chciałaby odpocząć na dobre. Witul też się stęsknił za bazylią, wyciąga paluszek w stronę żonkili stojących na parapecie i prosi: "Ba! Da!". Daj mi bazylii, mamusiu! Tłumaczenie, że to nie ba, nic nie daje. Nie ma rady, siejemy.

Na sianie wybieram najgorszy możliwy moment, dwie godziny przed wyjściem.
O, naiwności.
Z perspektywy kwiatków też podobno nie lepiej - babcia I. mówi, że dopiero za parę dni będzie dobra księżycowa pora. Za to ja okopałam się na pozycji "mam rękę do kwiatów" i wychodzę z założenia, że ja sieję, one rosną. Co lepsze - tak jest.
Z dziecięcej perspektywy to moment najlepszy - wyspani, po śniadaniu, siedzą zadowoleni w krzesełkach i przyglądają się, jak mama nasypuje do miski i pudełka czarnej, sypkiej ziemi. W której można bezkarnie pobrudzić rączki, hurra!























To właśnie nasza wersja zabaw sensorycznych. W przesypywanie mąki lub brudzenie się ziemią bawimy się równolegle: dzieci i ja. Ja przesypuję mąkę do ciasta, Witu przesypuje mąkę z cukrem i makiem do pudełeczek, miseczek, na kolana i podłogę. Asia na zmianę ze mną i sama. Wtedy mogę w miarę spokojnie piec albo przesadzać kwiatki i nikt mi nie miauczy u kolan albo nie wymaga licznych natychmiastowych interwencji (Mamo! Kupa! Mamo! Wyjmij mnie! Mamo! Włóż mnie! Mamo! Chcę pić! Mamo!), gdyż oba smoki zajęte są paskudzeniem, co - jak wiadomo - jest najlepszym sposobem na spacyfikowane dwójki kreatywnych dzieciaków na przynajmniej godzinę. Może i idzie wolniej, niż bym chciała, ale idzie. I to się liczy, a że nigdzie nam się nie spieszy, jest dobrze.




Zeszłoroczna hodowla bazylii udała się nadspodziewanie dobrze. Melisa też ładnie urosła, choć niedługi był jej żywot, gdyż została żywcem ususzona (co wcale nie przeszkodziło w konsumpcji). W tym roku postanowiłam działać z rozmachem. Bazylia, cząber, melisa, koperek, szczypiorek, pietruszka, lubczyk - to dopiero połowa planu, ale wiadomo, małe kroki.

Bierzemy miskę, w niej wór z ziemią, małe pudełeczka po serku i większe po jogurcie. Dzieci uzbrojone w łyżki. Asia zachwycona. Dostała do zasadzenia cytrusowe pestki (czy wyrosną?). Sieje świadomie, chociaż małe nasionka pietruszki nie zawsze trafiają do dziurki zrobionej paluszkiem. Witulek za to za mały na wkładanie mikronasionek gdzie indziej, niż do własnej buzi. Próbuje na początek ziemi, patrzy na mnie, bardzo nie protestuję, pozwalam sobie tylko na uwagę, że ziemia nie jest smaczna. Więc nie je. Ha! Wsypuje do pudełeczek, przesypuje w powrotem. I też chce jakieś nasionka. Sięgam do kuchennej szuflady. Soczewica, proszę bardzo. Zielona i czerwona. I fasola, o. Z tyłu głowy krąży mi historia o tym, jak groszek zaczął kiełkować w małym nosie i straszne tego możliwe konsekwencje. Przeganiam ją. Przecież patrzę.







Witulek zachwycony nasionkami, przesypuje, wkłada, wyjmuje, próbuje, ocenia jako niezbyt jadalne. Zabawa przednia.
- Fa! - oznajmia. Fajne!

 Asia przygotowuje nasze improwizowane doniczki, robi dziurki paluszkiem, sieje, pełna powaga.
- Co Witu ma?
- Soczewicę.
- Też chcę!
Podaję. Asia wciska paluszkiem nasionka w ziemię.
- Tełaz tu nakej nakejkę i napisz!
- A co tu zasadziłaś?
- Soczewicę! Jeszcze słonecznik mi daj!
Daję.
- I fasoę jeszcze!
- Fasolę już zasadziłaś.
- Aee mam tu dła niej domek, i tu jest fasoa mamusia, a tu jest tatuś! - no tak, fasolowa rodzina musi się powiększyć. Przykład idzie z góry, hm.
- To jest fasoa daa ciebie,a ta jest dla tatusia. I jeszcze dla babci M.! I dla dziadka K.! I dla babci I.! - rozpędza się Joasia.




Witu tymczasem zdecydowanie żąda jednej torebki z nasionkami. Zaglądam pod zlew. Jest opakowanie po galaretce, czyste i suche, bo w segregowanych. Niech żyje sortowanie śmieci!  Teraz trochę soczewicy do środka. Może być, mamusiu. Będziemy mieć plantację soczewicy.

Kiedy nasionka tajemniczą się w swoich doniczkach, Joasia zagląda do nich co trochę i sprawdza, czy wyrosły.
- Siałyśmy pietuuszkę, wiesz? I soczewicę! I bazyię! I szczypiołek! - chwali się, dumna.
Myślę sobie, że czekanie na pierwsze kiełki będzie od niej wymagało cierpliwości. A tu niespodzianka: na drugi dzień soczewica odrobinkę kiełkuje. Kilka ziarenek nie było przysypanych ziemią (a ja nie chciałam po Joasi poprawiać, to przecież jej doniczka). Po dwóch dobach są pierwsze, już wyraźne kiełki. Po czterech - listki. Asia zachwycona. Po pięciu - bazylia wyłazi z ziemi. Po sześciu - cienkie niteczki koperku. 



Codziennie "zwiedzamy" nasz ogródek.
- Popatrz, Witu, to jest bazylia - mówię.
- Ba! Ce! Am!
- Jeszcze za malutka, zjesz, jak będzie miała listki.
Jest rozczarowany i zaintrygowany maleńkimi zielonymi kuleczkami. Odrobinę rozczarowany, a mocno zaintrygowany, na szczęście.

Dzisiaj wybraliśmy się do sklepu po kolejne nasionka. Tymianek, majeranek, oregano, kolendra. Rozzuchwaliłam się jak nic. Dzieciaki też.
- Będziemy siać! - zachwyca się Joasia. 
- Ha - haha! - śmieje się Witu triumfalnie, bo akurat się nauczył.
Zdaje się, że to będzie ogród, nie ogródek.

3 komentarze:

  1. a mnie nie chcą rosnąć! raz je przesuszam, raz zalewam i tak w kółko. dziś będę przesadzac do większej doniczki, bo roślinko powoli brakuje miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja bazylia też jakoś średnio. Może dlatego, że nasiona zeszłoroczne? Hm.

      Usuń
  2. Bo Pani nie jest dzieckiem w wieku wczesnoprzedszkolnym... :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...