środa, 26 marca 2014

Farby. Odsłona druga


Co prawda Witulek wciąż jeszcze sprawdza wszystko pod kątem smaku, a Joasia zdecydowanie odrzuca technikę akwarelową, kierując się raczej w stronę van Gogha, ale i tak pozwalamy sobie na coraz więcej. I osierociliśmy kredki.
Kredki bowiem nie są tak interesujące jak farby i trzeba się więcej natrudzić, żeby biel kartki przestała być biała. To Asia. No i kredek oprawionych w drewno nie da się tak fajnie rozgryzać w ustach - to Witu. Nadają się jeszcze do rysowania po ścianach, ale poza tym farby zdecydowanie wychodzą na prowadzenie.
Etap pierwszy możecie obejrzeć tutaj.


Nie, Witulek nie maluje - nie jestem pewna nietoksyczności farb, nawet, jeśli są opisane jako nietoksyczne. Planuję dla niego wykonać domowe - barwione kurkumą i burakiem raczej nie zaszkodzą - ale nie jestem do końca przekonana. Bo skoro jedne farby będzie można jeść, to dlaczego innych nie? Ostatnio w rozpaczy wykonałam szybkie farby jadalne z jogurtu greckiego, barwione sokiem z porzeczki i kawą. Te kawowe bardziej smakowały, a pędzla mój syn użył jako łyżeczki. Postanowiłam poczekać jeszcze trochę, nie przejmując się historiami blogujących mam, których roczne dzieci wykonują farbkami obrazki na Dzień Dziadka.

Joasia za to pożegnała się ostatecznie z akwarelami. Chociaż nie - wykorzystujemy je jeszcze, a konkretnie ich pokrywkę jako paletę dla farb z tubki.




Przygoda z farbkami z tubki zaczęła się pewnego pięknego dnia, kiedy Witu był jeszcze w brzuchu, Asia wymagała dużo uwagi, a ja potrzebowałam nieco czasu w kuchni. Posadziłam ją więc w krzesełku i wycisnęłam na talerzyk nieco wyszperanych w pudełku z przeszłością plakatówek. Większość z nich nie nadawała się do użytku, ale cynober, karmin i ten paskudny zielony, który nigdy do niczego mi nie pasował, były całkiem, całkiem. Zachwycona Joasia ubabrała kartkę, pędzle, siebie, stolik i parapet, przy okazji wyszło na jaw, że równie fajne jest barwienie farbą wody w słoiku. Do tego znalazł się jeszcze ziemniak, który szybko ewoluował do pieczątki i kupił matce całkiem sporo czasu.





Od tamtej pory - a minął prawie rok! - malowanie farbami jest wysoko na liście. Po drodze były moje stare akwarele (w tubkach), plakatówki (w słoiczkach), farby do malowania palcami - nie brudzą tak, jak plakatówki, i są połowicznie transparentne, co daje sympatyczny efekt. Niestety bycie młodocianym van Goghiem skutkuje dużym i szybkim zużyciem materiału. Przymierzamy się więc do nabycia fabr półlitrowych, licząc na to, że starczą na dłużej.

Dostosowaliśmy też przestrzeń do plastycznych eksperymentów i Asia od pewnego czasu ma teraz własne biureczko, a właściwie blat. Dzięki temu ciężar tworzenia przeniósł się wreszcie z mojego stołu, a stół przestał wyglądać jak skrzyżowanie pracowni ze śmietnikiem.

A Joasia tworzy. Wciąż jeszcze nie myśli szablonowo (o myśleniu obok przeczytajcie tutaj).
Teczka z pracami puchnie, właśnie zakładamy drugą.
Lubię patrzeć, jak maluje: nie próbuje tworzyć żadnych konkretów, bawi się przestrzenią i kolorem, tworzy historie i ilustruje je na bieżąco, pędzel jest konikiem, który biegnie przez kartkę, a potem falującym morzem, a potem czymś jeszcze, nie do końca wiem czym, i znowu tylko pędzlem. Brudnym, więc trzeba umyć. I znowu. 
- Mamusiu, maluj ze mną!
- A co mam ci namalować?
Asia nie wie. 
- Może kwiatki? - proponuję.
- Kwiatki!
Maluję kwiatki. Asia bierze gruby pędzel i ciemnozieloną farbę i zamalowuje je dokładnie.
- Zobacz, zamalowałam! - cieszy się. 
No dobrze, moje ładne kwiatki złożone na ołtarzu kreatywności, niech będzie. Takim grubym pędzlem nic, tylko zamalowywać.

O właśnie. Pędzle.
Te śmieszne pędzelki, które dołączają do farb producenci, nadają się do wielu rzeczy, ale do malowania średnio. W związku z tym Joasia wraz z farbami odziedziczyła nasze porządne pędzle - do plakatówek i do akwareli też. Ma ich mnóstwo i maluje każdym po kolei.

A efekty?
Ależ proszę.

Gdybyście byli ciekawi, co jest na ostatnim obrazie: to smok zjada serek.



8 komentarzy:

  1. Cześć! Nominowałam Twojego bloga do Liebster Blog Award, szczegóły tutaj: http://www.maniawypiekania.pl/2014/03/liebster-blog-award.html . Pozdrawiam - Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem niewiernym czytelnikiem! od kiedy nie przypominasz o swoich wpisach na fb, to zapominam czytac... ale juz wszystko nadrobiłam. a co do smoka, to przypomniały mi się Sceny z życia smoków. trzeba będzie nabyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ech, ten post od fejsa...
      koniecznie nabyć, zupa ogórkowa w termosie na pewno przypadnie do gustu, zwłaszcza Witulowi:)
      ja też muszę nadrobić Twój, ale coś mało ostatnio, mało :P

      Usuń
    2. no mało, licencjat to moja wymówka :P

      Usuń
  3. O tak - farbowanie wody w kubeczku u nas też było bardzo atrakcyjne. A żeby zmniejszyć szkody w otoczeniu szykowałam zapas ręcznika papierowego, fartuszków z rękawkami i czego tam się tylko dało. Panna wyglądała jakby prawdopodobny był atak nuklearny :)
    Farby rządzą.

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...