wtorek, 18 marca 2014

Bracia G. i inne straszne rzeczy

Im dłużej jestem matką, tym bardziej jestem przekonana, że dużo bajek dla dzieci wcale nie jest dla dzieci. Więc dzisiaj będzie o książkach, które mnie denerwują.

Książki denerwują mnie zazwyczaj z dwóch powodów. Albo muszę się mocno nawysilać przy czytaniu, żeby zmodyfikować treść odpowiednio do naszych potrzeb (bez ucinania główki siekierką czy pożerania ludzi przez dzikie zwierzęta - jakie to bajki, kto zgadnie?), albo obrazki są nie do zaakceptowania.

Obrazki obrazkami, zostawimy je na deser. Dzisiaj ponarzekam sobie na treści.

Nie, żebym miała pretensje do braci Grimm, bo trudno mieć pretensje do językoznawców, którzy chcieli jak najwierniej odtworzyć najstarsze podania ludowe. Że niemieckie? A słowiańskie lepsze? Do tej pory pamiętam, jak dopadłam na wakacjach u cioci "Baśnie i legendy litewskie" zdaje się. Od tamtej pory minęło ho, ho, sporo czasu, a ja wciąż pamiętam. Oj.

To moje wyczulenie na jakiekolwiek formy przemocy jest u mnie trochę zabawne. Na przykład w bajce o krówce Soni (pisałam o niej tutaj) główna bohaterka patrzy na żabę i stwierdza, że nie może jej zjeść. Za to bocian zjada żaby, a kot myszy. I jest dobrze. Za każdym razem zastanawiam się, jak zjadanie myszy odbierze Joasia. I czytam ten fragment z drżeniem. 

Dlaczego zabawne, zapytacie?
Bo przez większość życia czytam kryminały oraz powieści sensacyjne, w których trup ściele się gęsto i drastycznie, a sadystyczne zbrodnie seryjnych morderców zagryzam sobie jabłkiem albo żelkami, beznamiętnie przebijając się przez krwawe opisy. Mało tego, przez dwa lata zajmowałam się tymi gatunkami niejako zawodowo, a od trzech zdarzyło mi się tylko kilka filmów, w których zupełnie nikt by nie zginął. A tu zjadanie myszy przez kota wydaje mi się zbyt brutalne dla delikatnej niemal-trzylatki. 

Bywają też o wiele gorsze rzeczy. Tak, w książeczkach. Jeśli chodzi o bajki telewizyjne, nie mam pojęcia, gdyż Joasia ich nie ogląda. Bardzo, bardzo rzadko puszczamy jej odcinek Misia Uszatka lub Reksia, ufając w inteligencję emocjonalną twórców, choć i tam coś potrafi ją nieźle przestraszyć (ale o tym kiedy indziej).

Wracając do książeczek - taka na przykład Calineczka, niekoniecznie w oryginale, wystarczy w którejś z licznych wersji skróconych. Może dla siedmio-ośmiolatków bajka jest dobra, bo potrafią już odczytać ją chociaż trochę metaforycznie. I rozumieją podskórnie, o co chodzi w literaturze. Ale dla maluchów? Mała porwana dziewczynka? Mina Joasi mówi, że nie jest dobrze. Więc Calineczka zmienia dzisiaj plany i idzie na spacer z kretem, a potem jaskółka zabiera ją na małą przejażdżkę - przefruwkę. Z ropuchem oglądają listki nad stawem. I jakoś docieramy do końca, z którym też miewam kłopot, bo chociaż to happy end, to jednak nieco dla dorosłych.

Dlatego moja lista książeczek nie dla małych dzieci się wydłuża. Bo Joasia rozumie jeszcze wszystko wprost. Nie bierze książkowych historii w nawias literatury, ale traktuje je, jakby się wydarzyły i wydarzały za każdym razem, kiedy czytamy. Przeżywa, kiedy kotek nie może znaleźć mamusi, i entuzjastycznie podchodzi do zakończenia, w którym mamusia się znajduje. Niemiłe komplikacje budzą w niej niepokój. Co prawda czytałam gdzieś, że bajki - te nie do końca miłe - mają pomóc zrozumieć dziecku nie do końca miły świat, w którym musi się odnaleźć, ale jakoś nie jestem przekonana. Ani trochę. 



8 komentarzy:

  1. Bajki zasadniczo powstawały dla dorosłych, młodzieży - ku przestrodze. Kiedyś słuchałam takiego wykładu na temat literatury dziecięcej, gdzie była mowa np. o Czerwonym Kapturku. O co chodziło? Ano o ostrzeżenie dla młodych panien, żeby nie ufały mężczyznom, nie chodziły samotnie, bo może je taki facet wykorzystać (las nie jest tu przypadkowy). Późniejsze wieki przyniosły pewnie złagodzenie treści, czy jakieś dodatki, które sprawiły, że bajki można było opowiadać również przy dzieciach.
    Dla mnie zawsze problematyczne było czytanie dzieciom "Baby Jagi". No, błagam. Jaś i Małgosia na koniec wpychają Babę Jagę do pieca. Urocze.
    Z drugiej strony myślę sobie, że ja te bajki w dzieciństwie słyszałam i nic mi nie jest. Sama nie wiem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli to nie są w założeniu bajki dla dzieci - właśnie!
      Też słyszałam - ale jak miałam z pięć lat może lub więcej - muszę zapytać.
      Ale nie jestem tu dobrym przykładem, bo "Ogniem i mieczem" oraz trylogię Tolkiena czytałam w trzeciej klasie podstawówki. Hm. A tam się dopiero dzieje.

      Usuń
  2. Chyba nie da się do końca "odczarować" dziecięcej rzeczywistości. Ale może to i dobrze? Przesada w żadną stronę może odbić się czkawką. Zatem - chronić na tyle ile się da. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba chyba wyczuć, na ile dziecko "stać" w danym momencie...

      Usuń
  3. Dzięki Wielorybko za wytłumaczenie, bo się już zastanawiałam skąd te "straszne bajki"; u nas w zasadzie zawsze omijałam szerokim łukiem te bajki, właśnie z tegoż względu, zwłaszcza że jakoś historie królewien i małych dziewczynek nie przekonywały mnie jako najlepsza lektura dla małego chłopca; kiedy synek miał ok 3ech lat, i zapoznał się z kapturkiem, zinterpretowanym podobnież jak u CIebie Młoda-Matko, w sposób łagodzący, w ogóle ta bajka mu nie przypadła do gustu; wręcz powiedział że się boi tego wilka; z czasem obawiając się, że nie będzie znał bajek z powszechnego kanonu "bajek dla dzieci", próbowałam zapoznawać go z innymi z miernym skutkiem ich akceptacji; w końcu zdałam się na instytucje przedszkolno-zerówkowe i zostawiłam temat; i co? teraz mój 5ciolatek bajki zna, poznał w przedszkolu, pani wytłumaczyła, dzieci razem przeżyły temat:) a w domu wolimy czytać opowieści z serii "poczytaj mi mamo" czy "kukuryku na ręczniku" czy tez inne wybrane osobiście w bibliotece oraz wszelkie encyklopedie przyrodnicze dla dzieci, bo zainteresowanie zwięrzętami jest ogromne i syn już dawno tą wiedzą przewyższa rodziców:) POzdrawiam!
    Mama 5+3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też zwierzątka na topie:)
      Czyli do bajek trzeba dorosnąć i już.

      Usuń
  4. No dla mnie "mistrzostwo" to oczywiście Tomcio Paluch, gdzie rodzice zostawiają 7 synów w lesie na pewną śmierć bo nie mają ich jak wykarmić (w naszej wersji winny jest "dziedzic" który nie płaci ojcu na czas za wykonaną pracę - jakie to współczesne). A Śnieżka której myśliwy ma wyciąć serce i przynieść Złej Królowej? O Dziewczynce z zapałkami czy oryginalnej wersji Małej Syrenki już nawet nie wspomnę ...

    A tak swoją drogą to czytałam gdzieś, że w oryginale "Śpiącej Królewny" książe nie okazał się dżentelmenem i kiedy królewna się budzi jest w ciąży z bliźniakami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre z tymi bliźniakami:)
      Czytałam ostatnio Śpiącą Królewnę Joasi, bo nie było pod ręką (u babci) nic innego. Musiałam mocno oszukiwać, żeby nadawała się na dobranoc. A to i tak była wersja złagodzona.

      Mam też problem z archaizmami w bajkach Konopnickiej na przykład.
      Takie "Zamiary Stasia":
      "czy też może własną grzędę
      orać przyjdzie sochą krzywą"

      Więcej tłumaczenia niż czytania:)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...