sobota, 1 lutego 2014

Siedzę w domu z dziećmi

Czytam sobie czasem. O matkach pierwszego kwartału, o rozterkach związanych z urlopem macierzyńskim - półroczny czy roczny? O urlopie wychowawczym.O tysiącach zalet żłobków. O kłopotach z powrotem na rynek pracy. Słucham sobie różnych historii.
Sprzedawczyni w Mothercare opowiada, że musiała (!) wrócić do pracy po pół roku, żeby jej nie stracić. A ma zmiany dwunastogodzinne. Przez pierwsze dwa tygodnie przy wyjściu płakała ona i synek. Sporo czasu minęło, a oni jeszcze nie do końca przywykli.
Inna znajoma, pracująca w galerii handlowej, mówi, że jej dwunastogodzinny dzień pracy plus dojazdy sprawia, że czasami nie widzi swojej małej córeczki przez dwa-trzy dni.

I tak czytam, i słucham, bo to mnie wcale nie dotyczy.

Jestem przedstawicielką wolnego zawodu. Pracodawcy uważają"wolny zawód" za synonim "wykonawcy dzieła". Więc nie muszę nic wiedzieć o ciążowym L4 ani o urlopie macierzyńskim. Państwo nie ma dla mnie nic, może poza 76 złotymi dodatku na dziecko, bo akurat się kwalifikujemy. A i tak się zastanawiam, czy zgłaszając się po te szalone pieniądze, nie umieszczam się przypadkiem na liście osób, którym można odebrać dziecko, bo wynajmują mieszkanie.

Kiedy zaszłam w ciążę z Joasią, pracowałam sobie do końca ósmego miesiąca. Potem poszłam - no właśnie. Do domu. Bo na moje miejsce przyszedł inny wykonawca dzieła. Umówiliśmy się z szefem, że wrócę do pracy we wrześniu, po czterech miesiącach. Wróciłam. Pracowałam zdalnie. Joasią zajmował się ojciec dzieciom, pracujący czasem na zlecenia, czasem wcale. Potem moje zaangażowanie w pracę sprawiło, że miałam jej dwa razy więcej. Na podwyżkę nie było budżetu, a ja byłam bardzo zmęczona. Odeszłam - żeby po tygodniu dowiedzieć się, że jestem w ciąży z Witulem. Tadam!

- Jesteś na macierzyńskim? To niedługo pewnie wracasz do pracy? - pytają mnie czasem.
No tak. Jak sobie stworzę stanowisko pracy, to do niej pójdę. Najlepiej wzorem innych matek, tych opisywanych i pokazywanych, przedsiębiorczych, zaangażowanych, biegających z dzieckiem na spotkania biznesowe albo wykrawających ze swojego czasu dwie godziny dziennie "tylko dla dziecka".Chociaż znam takie, które sobie radzą całkiem nieźle, ale mają tylko jedno dziecko, albo dobrą opiekę.

Czytam sobie, co piszą dwie matki-dziennikarki, zatrudnione w GW: o urlopie macierzyńskim i finansowym zabezpieczeniu się kobiety "siedzącej w domu z dziećmi" na wypadek pozostawienia jej przez męża. Czytam, że Boska Matka - też z branży - nie zamierza przepraszać za urlop macierzyński i dlaczego. Czytam pierwszy numer "ekskluzywnego magazynu dla matek bez tabu" "O!Mamo" i historie kobiet na wysokich stanowiskach, które zaplanowały sobie wszystko, łącznie z cesarką i fundowaniem przyzakładowego żłobka.

I myślę, że powinnam szybko iść do pracy. Witulek skończył rok, będzie musiał pożegnać się z cycusiem, a przywitać ze żłobkiem, Asia za to będzie musiała przywitać się z przedszkolem. Albo nie, założę własną działalność, najlepiej taką, żebym mogła zabrać do pracy dzieci. A może znajdę pracę zdalną i będę w dzień zajmować się dziećmi, a w nocy chałturzyć. Przecież wystarcza mi pięć godzin snu.

Presja społeczna jest ogromna.
Bądź dobrą mamą, na bieżąco w kwestiach zdrowia, mody i urody, zwłaszcza dziecięcej, bawiącą się ze swoimi pociechami w obłędnie posprzątanym domu. Szczepiącej na ospę, grypę i pneumokoki, i na raka szyjki macicy też.
Bądź dobrą gospodynią i organizatorką, jak w tej niezmiennie irytujacej mnie reklamie suplementu diety - pamiętaj o wszystkim. Dbaj o dom, męża, rób przetwory i własnoręcznie ozdabiaj mieszkanie. 
Bądź sobą sprzed dzieci, dbaj o siebie, miej życie towarzyskie, zamiast spamować znajomych na fejsbuku traktowanym jako namiastka widywania znajomych. Czytaj książki na topie, a nie poradniki o wychowaniu dziecka, mów o najnowszych premierach, nie o kupie. O polityce nie mów, bo to rodzi podziały.
Wracaj szybko do pracy, żeby nie wypaść z rynku, najlepiej tuż po porodzie. Żeby mieć źródło utrzymania, gdyby cię ojciec dzieci zostawił. Żeby ZUS bez ciebie nie upadł, a pracodawca nie ponosił strat. Żebyś się spełniała zawodowo, nawet jeśli pracujesz "na kasie" bez szans na awans.

Och, jak ja mam tego dość.
Nie jestem robotem. A robot pewnie by się zawiesił po dwóch tygodniach. Jestem żywa, prawdziwa, zmęczona, z dobą trwająca dwadzieścia cztery godziny, nie dwadzieścia osiem ani trzydzieści dwie. Uważam, że żłobki szkodzą, że przetwory nie są najważniejsze i że życie towarzyskie może poczekać, aż będę nieco bardziej wyspana, bo zasypianie na stole w knajpie nie jest dobrze widziane. Lub też może się owo życie towarzyskie odbywać w godzinach dopołudniowych. Co z tego, ze wtedy wszyscy - poza matkami - są w pracy. Mam dość wyrzutów sumienia, bo stos prania się nie zmniejsza, a zabawki nie mają nóżek i nie wracają same na miejsce, podobnie jak ubrania, buty, talerze, książki i sto innych rzeczy. Tak, sprawdzałam, to ja robię cały ten bałagan. Poważnie. Nie lubię książek na topie i mam problem z przedsiębiorczymi matkami, które opowiadają o wspaniałym życiu zawodowym, a potem okazuje się, ze dziećmi zajmuje się na zmianę babcia i ojciec.
Chciałabym spokojnie siedzieć w domu z dziećmi, bez obaw o rachunki i to, czy starczy do pierwszego, bez zastanawiania się, ile dzisiaj ojciec dzieciom będzie musiał zostać po pracy. Bez  "prorodzinnych" zapowiedzi rządu świetnych w roli bliskiego zamiennika potrójnego espresso. Bez wiecznego przeglądania ofert pracy - żadnej dla mnie, wszystkie dla dyspozycyjnych. Bez poczucia, że muszę, muszę i muszę. Za to z poczuciem, że mogę być dobrą matką, która jest blisko dzieci, dobrą żoną, która rozmawia z mężem, nie zasypiając w połowie zdania. I sobą - piszącą, robiącą zdjęcia, optymistyczną i spokojną.

Pewnie po prostu jestem leniwa.


P.S. Z 50 na 39. Dzięki!

A skoro już o lenistwie, zobacz, jak nie odpoczywać:


6 komentarzy:

  1. wiesz co? Prowadziłam własna działalność i wróciłam do pracy po 3 dniach od porodu. Biuro miałam na parterze domu. I jest to aktualnie decyzja, której żałuję najbardziej. Ciesz się, ze masz czas dla dzieci i nie przejmuj się presja otoczenia. Kasa nie jest najważniejsza. Byle było za co przeżyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. To właśnie chciałam usłyszeć! :)

      Usuń
  2. obecny system daje kobietom wybór. i moze jest to dobrze, ale z drugiej strony musi sie to odbyc kosztem rezygnacji albo z pracy albo z dzieci (w pełnym i satysfakcjonującym wymiarze). tak przynamniej wynika z sytuacji matek. a co do postu o śniadaniu, to pociesze cie, ze mam podobnie, chociaz musze zając sie tylko soba... organizacja dnia w dni niewolne idzie mi znacznie lepiej :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, bat organizacyjny nad głową dobrze robi, oj, jak dobrze. Chociaż nauczyłam się zarządzania czasem i planowania dnia, to jeszcze daleko mi do perfekcji. A może wcale nie chcę jej osiagnąć i już.

      Usuń
  3. O, jakże mi to spędza sen z powiek - to nieustanne wysłuchiwanie od życzliwych (naprawdę życzliwych :) krewnych i znajomych, że najpierw praca na pełen etat i czas nieokreślony, co by się na macierzyński załapać, mieszkanie na kredyt i wtedy można o dziecku pomyśleć, no, może nawet dwójce - i po roku czem prędzej wracać do pracy. Bo "takie czasy". I choć energiczna i chętna do aktywnego działania ze mnie osoba, to... co to, to nie - dzieci na wychowanie obcym (a nawet bliskim) nie oddam. Chcę być z nimi w domu i z obiadem (nie zawsze ciepłym ;) czekać na ich tatę. I cóż poradzę, że rządy w mojej (swoją drogą ukochanej) Ojczyźnie mi tego nie będą ułatwiać? Smak "chleba z solą" znam, tak jak i emigracji i związanych z nią "lepszych" pieniędzy. Zdecydowanie wolę jednak to pierwsze, przy rodzinnym stole, przy którym nikogo nie brakuje. I nie daj mi, Święty Józefie, żeby mi się w głowie poprzewracało :-)

    Pozdrawiam ciepło,
    stała Czytelniczka ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jesteśmy dwie - z hierarchią wartości i świętym Józefem:)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...