środa, 12 lutego 2014

Paskudna solidarność młodych matek

Nie lubię się wtrącać do wychowywania cudzych dzieci. Czasem pewnie dziwię się odrobinę za bardzo, czasami próbuję coś delikatnie podpowiedzieć, ale im dłużej mam dzieci, tym - paradoksalnie - rzadziej. I tym razem milczałam. Chociaż nie powinnam.
Istnieje coś takiego, jak solidarność młodych matek. Twoje dziecko bez czapki, jej dziecko bez czapki, wymieniacie wiele mówiące spojrzenia nad głową starszej pani (zgadnijcie, co ta pani mówi. Niespodzianka, co?). Wspólne narzekanie na nieprzespane noce, pełna akceptacja werbalnej analizy kału niemowlęcego, kupowanie razem, bo taniej, przymykanie oka na pewne rzeczy z sympatii i zrozumienia. No, ale wszystko ma swoje granice, i te granice gdzieś przebiegają. Przy naszej ostatniej wizycie w przychodni niemal odkryłam, gdzie.

Nie, winna nie była wcale stuletnia pani doktor. Ale od początku.

Przychodnia w niedzielę przed południem, w przyzwoitej świątecznej porze. Tłumek. Pięcioro dzieci i coś, co powoduje, że kaszlą. Starsze, młodsze, w tym jeden - na oko dwuipółletni - Robert. Z dwójką rodziców. Biedny, blady, z czerwonym nosem, zachrypnięty. W poczekalni ciepło i sucho. Pić.
Tata podał mu butelkę, a kiedy dzieciak na dobre się przyssał - mniej więcej w połowie - zabrał mu ją ze słowami:
- Zostaw sobie na później.
I schował.
Robert się rozpłakał.
Pomyślałam sobie: biedny mały. Ale co powiem? Gdybym miała jakieś picie dodatkowe, mogłabym się podzielić, ale nie mam - tylko butelkę Joasi. 

Po półgodzinie Robert, na razie spokojny, zaczął pokrzykiwać.
- Kupa, mama, kupa, kupa! Kupa!
- Teraz nie możemy zrobić kupy, zrobisz w domu, musisz wytrzymać.
- Kupa, kupa, KUPA!!!
- Nie, teraz nie możesz zrobić kupy, tu jest (ciszej) bardzo brudna ubikacja i nie ma żadnej nakładki, zaraz wejdziemy do pani doktor i potem pojedziemy do domu, i zrobisz kupę w domu.
- Kupa! Mama! Kupa! Do pokoju! Tam! Kupa! Tata!
W tym momencie przestałam podejrzewać, że znudzone dziecko próbuje urozmaicić sobie czas wycieczką do toalety. Robert był już całkiem zapłakany, a jego mama zestresowana - w końcu cała poczekalnia patrzy i słucha. Jak mama Roberta rozwiąże ten problem?
- Masz pieluchę. Rób do pieluchy! Zrobiłeś? Rób do pieluchy! - syknęła tylko w końcu.

Już miałam wstać i powiedzieć: a idź z nim, kobieto, do tej brudnej łazienki, potrzymaj go nad ubikacją. Postaw się na jego miejscu i zadbaj o niego, nawet, jak ci się nie chce. Aha, i wyślij tatusia, żeby dokupił jakieś picie w kiosku minutę stąd. Przy katarze powinno się dużo pić, nie słyszałaś?

Ale nie wstałam. Nikt nie wstał. Bo co się będą wtrącać - każdy wychowuje dziecko, jak chce. Bo to nie ich dziecko. Bo jeszcze im coś mama Roberta odpowie, a po co się narażać na przykrość. Wszyscy oglądali ściany i patrzyli, jak Robercik po wyjściu z gabinetu z tatą płacze, bo mama została w środku. I była tam jeszcze z kwadrans. Zanim wyszli z przychodni, minęło ponad pół godziny. Pół godziny, jak dziecku się chce kupę, to całe wieki.

Następnym razem chrzanię solidarność.Wybiorę dobro jednostki. Tej małej.


P.S. Wiem, komentarze czekają. Ogarnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...