środa, 26 lutego 2014

Bunt dwulatka. Spokój przede wszystkim

Poprzedni tydzień był kiepski. Nawet poprzednie dwa tygodnie. Różnie można to tłumaczyć, pogodą, bo się zmienia, zmęczeniem, złym humorem ot, tak, kolejnym skoczkiem rozwojowym - grunt, że Joasia wrzeszczała. Ja zresztą też. Do czasu.

Do czasu, bo obie byłyśmy już tak zdenerwowane, że wystarczyło byle głupstwo, herbatka nie podana w trzy sekundy albo stuknięcie klockami raz za dużo, żeby wywołać porządną awanturę, roznoszącą się echem u sąsiadów na dole i na górze. Uznałam, że taki stan nie może dłużej trwać, wcale nie ze względu na sąsiadów. Więc zaczęłam od analizy. Dokładnie tak, jak przy ostatnich krzykach. Nic nowego: moje kociątko-Joasiątko krzyczy, kiedy bardzo czegoś chce, a nie dostaje, kiedy frustruje ją, że nie potrafi czegoś zrobić, kiedy Witulek zabiera jej zabawkę, kiedy czuje się za mało przytulana i kiedy krzyczę ja. A głód i zmęczenie są szalenie skutecznymi katalizatorami wrzasku.

Jakiś czas temu postanowiłam zaczynać od siebie. Wyszło z tego kilka rzeczy.

1. Nie oczekiwać, że będę miała dla siebie czas w ciągu dnia. Traktować wolną chwilę jak miły prezent, a nie prawo matki.

2. Nie siedzieć przy komputerze, co ma związek z powyższym.

3. Powściągać gniew. Przecież to moje emocje, a kto ma panować nad moimi emocjami, jak nie ja? Ja tu rządzę, drogi gniewie. Nawet nie próbuj. (Oraz jeść, kiedy jestem głodna, bo głodny choleryk to mieszanka wybuchowa, a co dopiero głodna choleryczka.)

4. Nie stawiać sprawy na ostrzu noża, kiedy zaczyna się dziać źle.

5. Obserwować wnikliwiej. Wtedy jest więcej czasu na działania prewencyjne.

6. Mieć zapas cierpliwości pod ręką. A najlepiej pod obiema.

I co?
I działa. Naprawdę działa. Jest spokojniej. Opanowana matka daje dzieciom pewien rodzaj komfortu psychicznego, dzięki czemu starają się swoje sprawy załatwiać pokojowo. 

Nie zawsze oczywiście, ale każdy ma od czasu do czasu zły humor, duży i mały. Duży potrafi nad nim zapanować, mały dopiero się uczy. A moją rolą jest pomóc się nauczyć. Co lepsze, te "lekcje" potem do mnie wracają, w niespodziewany i cudny sposób.

Odbieram na przykład ważnego maila, który nastraja mnie jak najgorzej. Mam ochotę się rozpłakać albo czymś rzucać, ale przy dzieciach? Nie bardzo. Mówię więc głośno, że mam zły humor, ale za chwilę mi przejdzie. Trzy głębokie wdechy - a tu nagle na moje kolana pakuje się Joasia. Daje mi całusa.
- Dam ci dużo dobeego humou, mamusiu! - woła, po czym dostaję cały zestaw całusów, głównie w nos.
- I co, już lepiej? - pyta, a Witul, zainspirowany przez siostrę, daje mi mokrego buziaka... w stopę, bo tam akurat miał najbliżej.
Mail jakby traci na znaczeniu. Uśmiecham się i próbuję nie rozmazać tuszu.
- Lepiej - mówię.
- No widzisz! - złazi ze mnie zadowolona z siebie Joaśka.. - Chcę heubatki! I słonecznika! i guuszkę!
- AM! - orientuje się w temacie Witu.
Trochę dobrego humoru i świat wraca na swoje dobre tory. 
Nie, przepraszam, dużo dobrego humoru.


8 komentarzy:

  1. twój styl pisania zaczyna mi przypominać Musierowicz :D parę dni temu przeczytałam (pochłonęłam) McDusię, pewnie stąd to skojarzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, mogłaby MM pisać więcej. Za to jest jej blog, miła lektura między książkami o tu: http://www.musierowicz.com.pl/glowna.html
      i dziękuję;D

      Usuń
  2. "w stopę, bo tam akurat miał najbliżej." - moja własna zagadka, rozwiązana. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nie ma za co, to zasługa Witu. Przekażę:)

      Usuń
  3. dzięki, że to napisałaś. Strasznie mnie dołują sytuacje, kiedy tracę cierpliwość na synka. I też uważam, że nie ma co patrzeć na powody. To ja muszę nauczyć się wyciszać i relaksować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też dołują. ale musimy sobie jakoś radzić, żeby nie zwariować - i najlepsze jest to, że się DA :)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...