sobota, 11 stycznia 2014

Sobotni encefalogram, co własne gniazdo kala.

To przez to, że dzieci śpią od szóstej. Szóstej po południu.
To przez to, że jestem na antybiotyku, pierwszy* raz od szesnastu lat (być może chcieliście kiedyś o to zapytać, a nie mieliście odwagi - mam osiemnaście, od dawna). Lekarz napomykał o skutkach ubocznych, ale nie mówił nic o mózgu, raczej o żołądku. Ociężałość umysłu - tego jeszcze u mnie nie grali. Źle się pisze, więc dzisiaj czytam. Czytam i czytam.

Czytam blogi młodych matek, pardon, blogi parentingowe, paru ojców też pisze. Takie, co to ich nazwa kończy się na owo - to i owo, Ludwikowo*, Juleczkowo, dzieciowo i mamowo, staram się omijać. Z ciekawości zaczęłam notować adresy i po półgodzinie miałam ich sto. Tekstualna pisze, że rok 2014 będzie rokiem blogów parentingowych. Ach. Ilościowo na pewno, choć raczej nie o to chodziło. Aż kusi, żeby je sobie poporządkować i podzielić.

Pierwszy podział: na te, co już czytały książki Kominka i te, co ich jeszcze nie czytały, plus podkategorie: te, co czytały i się przejęły, ale nie potrafią nic pozmieniać, te, co czytały i się nie przejęły, czyli jest im dobrze i mają w nosie. Tu od razu zwracam honor blogującym o dzieciach ojcom. Kategorie są najważniejsze.

Drugi podział: na te, które potrafią pisać i na te, co nie bardzo umiom. Do nogi, moja złośliwości. Leżeć.

Dygresja, skoro już o czytaniu. Poza kilkoma, nie czytam blogów pisanych przez rodziców, gdyż lubię czytać. Nie bawi mnie oglądanie setki niemal identycznych zdjęć ciągnących się w dół i w dół, w końcu nie wytrzymuję, walę w "end", na końcu jeszcze kilka zdjęć, dziękuję, do niewidzenia. Choć robię wyjątki. Dzisiaj przejrzałam jeden tasiemcowy fotowpis, wyłącznie po to, żeby policzyć, ile kurtek ma mała bohaterka. I butów. I miała, oj, miała, możecie mi wierzyć. 

Te blogi z dziecięcymi kreacjami dnia. Kurtka z Zary. Spodnie z Zary. Buty, a to ci niespodzianka, z Zary. Ja tam wolę buty ze skóry. Też bym chciała pokazywać, jak ładnie wygląda Joasia w tym i owym, ale jestem zatwardziałą konserwatystką i nie pokazuję dzieci na blogu, ewentualnie ich nierozpoznawalne kawałki***. No i musiałabym poszerzać zawartość dziecięcej szafy co dwa tygodnie, a mam ostatnio alergię na nadmiar, nadmiar ubrań także. Oraz niedomiar środków płatniczych. Tak sobie harmonicznie współgrają. W związku z czym oglądam sobie body i inne getry na stronie pewnego sklepu z rzeczami dla dzieci, otwartego przez młodą mamę - a jakże - i zastanawiam się, kiedy ostatnio kupiłam sobie bluzkę za 120 zł. Wychodzi jakoś, że nigdy. Więc trzeci podział - na trendsetterki i trendrattlerki. Oraz niewrażliwe na modnych ubrań czar.

Kiepskie zdjęcia. Kiepskie teksty. Brzydkie obrazki, reklamy, bannery i font. Mnóstwo samozaparcia, miłości, pasji i chęci do robienia czegoś za nic, kosztem snu i innych przyjemnych rzeczy. Estetyczne przestrzenie i zagracone stryszki. Dzieci, smoczki, dzieci, wózki, dzieci, jedzenie, dzieci. Znalazłam bloga, na którym matka rozrysowała schemat dziewięciu zębów swojego dziecka. Z opisem, jak w podręczniku do biologii. Żebranie o produkty do testów - i testy, których nie powstydziłby się żaden fachowiec, ba, mógłby się wiele nauczyć (zobaczcie tutaj, koniecznie, to jest niesamowite. Bez ironii.) Samo życie, z każdej strony.

Dobra. Koniec pastwienia się. 
Teraz popastwię się trochę u siebie, dla odmiany. 



*Tak naprawdę to drugi raz, ale pierwszy był trzy tygodnie temu, więc liczę jako jeden. 
**Chciałam być miła. Kiedy ostatni raz spotkaliście chłopca o imieniu Ludwik, co?
***Nieoddzielone od całości, panie prokuratorze.

1 komentarz:

  1. Test pieluch rozłożył mnie na łopatki i grabki. Szacun.

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...