wtorek, 7 stycznia 2014

Prawie jak książeczki

Jak wiadomo - prawie robi różnicę. Na pierwszy ogień - książeczki do kąpieli. To fenomen. Zasadniczo książka jest ostatnią rzeczą, którą bierze się do wanny, w każdym razie w celu zanurzania. Do dziecięcej wanny, rzecz jasna. Przyczepianie im waloru edukacyjnego bardzo mnie bawi, bo oczyma duszy widzę dziecko, które nauczone lektury pod wodą topi później wszystkie swoje książki.
Poza tym książeczka w wodzie, nawet gumowa czy plastikowa, to żadna atrakcja - gdzie jej tam do kubeczków, psikaczy czy innych pływaków. Odziedziczyliśmy takowych ksiażeczek trzy lub cztery, z czego do pokazania nadaje się jedna, bo inne są brzydkie. Asia oglądała ją na sucho, Witu używał jako grzechotki - gryzaka. I na tym kwestię zakończmy.

Drugi rodzaj to miękkie książeczki dla niemowląt. Edukacyjne, oczywiście. Piszczą, szeleszczą, grają, mają lusterka, grzechotki, kieszonki do chowania, różne faktury i kolory. I nic z tego nie wynika - przynajmniej u nas. Może mają zbyt wiele stron, czyli zbyt wiele możliwości. Może na początku są niezrozumiałe i trudne w obsłudze, a później mało atrakcyjne. Mnie się bardzo podobają, kilka nabyliśmy, inne dostaliśmy - i tak sobie leżały, aż dzieci z nich wyrosły. Największym zainteresowaniem cieszyła się ta, która gra - zgadnijcie, kto włączał pozytywkę - oraz te, które miały kółeczka na sznurku. Nie muszę chyba dodawać, że interesujące były wyłącznie kółeczka. No i od razu należy zapomnieć o tym, że dziecko sobie będzie samo oglądało, a rodzic będzie miał trzy minuty dla siebie. No, może nawet pięć.

Przypuszczam, że istnieją dzieci, które bawią się miękkimi książeczkami. Nie moje. Zamiast książeczki grzechoczącej wolały twarde grzechotki, piszczki na ogół wymagają użycia siły większej niż dopółroczna, lusterka są mało lusterkowe, granie bywa z lekka przerażające, zwłaszcza przy odgłosach safari lub rogacizny, lub też trudno w pozytywkę trafić, kieszonki do chowania sprawdzają się średnio, bo na ogół są ciasne, a opór materii spory. A kiedy są już umiejętności, inne dostępne zabawki okazują się o wiele atrakcyjniejsze.

Przy Joasi jeszcze się na takie książeczki napalałam, zwłaszcza, że było ich całkiem sporo, a niektóre naprawdę ładne, choć proporcjonalnie - a może raczej nieproporcjonalnie - drogie. Miałam szyć sama, ale wiecie, jak z tym jest. W końcu kilka odziedziczyliśmy i nabyliśmy jedną ikeową. Przyznam po cichu, że główną motywacją był biały króliczek. Joasia nie za bardzo się nią interesowała. Innymi też nie. Próbowałam z dzieckiem młodszym, które bawiło się niemal wyłącznie na brzuchu - ale też nie było zachwycone. Witu od początku wolał mechanizmy. Postanowiłam więc jeszcze trochę poczekać i uszyć tak (zachęcająco) zwanego quietbooka. Choć mam dziwne przeczucie, że będzie tak samo.

P.S. Więcej obrazków będzie jutro, bo czytnik do karty się schował i nie chce wyleźć. Drań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...