środa, 8 stycznia 2014

Króliki


Od zawsze podobało mi się szycie. Podglądam sobie blogi z cudnymi zabawkami i innymi fantastycznymi rzeczami i co jakiś czas wydaje mi się, że też tak mogę, a potem siadam do szycia (nie, nie do maszyny, z maszyną nie mogę się dogadać) i okazuje się, że wciąż jestem zbyt leniwa, żeby robić to dobrze. Ale coraz mniej leniwa, więc bardziej się relaksuję niż denerwuję własną nieszyciowością.
Zazwyczaj wymyślam własne projekty - jakoś tak mam, że szycie z cudzego wykroju wydaje mi się mało twórcze. I mniej satysfakcjonujące. Ale czasami nie ma wyjścia. Na przykład wtedy, kiedy Joasiątko przychodzi z książką* w rączkach, pokazuje palcem stwora i mówi:
 - Mamusiu, uszyjmy kjójika**!
Więc szyjemy.

Najpierw z tego szycia wychodzi króliczyca Lila. Lila jest różowa i ma zielony brzuszek. Należy do Asi, oczywiście. Całkiem sympatyczny z niej królik, ale pokażę go następnym razem (czytnik kart, ech). 

Potem do Lili dołącza - na chwilę - królik Maciuś. Maciuś jest prezentem dla Bartusia, Asia pilnuje, żebym zdążyła na czas. Udaje się, i nawet dokumentacyjne zdjęcia nocne nadają się do pokazania. A szycie zawiera zdecydowanie więcej relaksu niż leniostresu. Po pierwsze dlatego, że króliki szyje się łatwo. Wystarczy kawałek niestrzępiącego się materiału, na przykład polarowy szalik. Obszywa się po prawej stronie, na okrętkę (czy jak to się tam nazywa, wybaczcie ignorancję). Naszywanie brzuszka - nic prostszego, a pudełko z koralikami i guzikami pozwala nadać indywidualny wyraz pyszczka. Lub też charakter, jak kto woli. Materiału zużywa się niewiele, polarowy szalik może się przekształcić w całkiem sporą króliczą rodzinkę. Czasu również potrzeba niedużo - takiej mnie wszystko od początku zajęło godzinę, więc przypuszczam, że ludziom wprawionym o wiele mniej. Czysta przyjemność.


Kiedy Maciuś trafił już do swojego właściciela, Lila była nieco zmartwiona, ale całkiem niedługo pojawił się kolejny królik, a właściwie króliczka. Imię robocze - Rosalinda. Cóż, tak po prostu się przedstawiła, na królicze imiona jakoś trudno mieć wpływ. Tym razem bez guzików i koralików, za to z grzechotką w środku, gdyż miała trafić w niemal trzymiesięczne łapki pewnej małej Z. Mała Z. podobno grzechoczącym, miękkim stworem jest zachwycona i regularnie funduje królikowi zapasy i pożeranki. Moje dziecko za to odkryło przy okazji przyjemność dawania i teraz domaga się regularnie kolejnych prezentów, nie dla siebie, dla innych. W kolejce czeka królik dla Witula, któremu (Witulowi, nie królikowi) oczka śmiały się do wszystkich trzech egzemplarzy i który (Witul, nie królik), o dziwo, lubi maskotki, cieszy się, przytula, sprawdza, czy miękkie, piszczy z radości, kiedy odkryje, że tak, ale bawić się woli ostatnio w zakręcanie słoików. Może być, że*** z królikiem w środku.

P.S. Zachodzą zmiany, owszem, zaszły już w nowym roku całkiem spory kawałek. Może dlatego, że zamiast zimy jest wiosna? Gdzie dojdą, jeszcze nie wiadomo. Wiadomo za to, że już za chwilę zaczyna się cała zabawa z Blogiem Roku. A co.

*O książce już było, pochodzi z niej Stefan. Chodzi o "Wyszywanki i inne robótki ręczne" Katarzyny Proniewskiej-Mazurek (więcej tutaj).
**Było to w czasach przed r niemym, jak się pewnie domyślacie.
***Cytaty z Asteriksa bywają czasami wyjątkowo, hm, nachalne.

1 komentarz:

  1. taki lipny komentarz napisalam, że aż musiałam usunąć. króliki fajne, namawiam do maszynowania. a Asterix dobry na wszystko :D

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...