piątek, 31 stycznia 2014

Fotografia bez szacunku

Fot. Jomoboy
Znalazłam ostatnio w internecie pewne studio fotograficzne specjalizujące się w fotografii noworodkowej.Nie niemowlęcej. Noworodkowej właśnie. Optymalny termin sesji - mniej więcej tydzień dni po porodzie. Pięć dni. Mniejsza z tym, że pięć dni po porodzie matka zazwyczaj ledwo chodzi, a głowa dziecka powoli zaczyna nabierać normalnych kształtów.

Fotograf zachęca, żeby przyjechać (pięć dni po porodzie!) do jego dobrze wyposażonego studia. Nie będę podawać szczegółów, bo nie chodzi mi o zrobienie złej reklamy, ale o zjawisko jako takie.
Zacznijmy od tego, że sama robię zdjęcia. Przez większą połowę życia, choć niezawodowo. Zawodowo za to robi zdjęcia ojciec dzieciom. I jakoś siedzimy w tym temacie. Od kiedy urodziły nam się dzieci, robimy im setki zdjęć. Lub też, o biedna migawko, tysiące. W kąpieli i na spacerze, przy jedzeniu i kiedy śpią.

Skoro robię zdjęcia dzieciom, naturalnie oglądam też cudze. I coraz częściej trafiam na sesje całkiem małych maluszków, upozowanych w "miękkich i miłych materiałach sprowadzanych specjalnie ze Stanów Zjednoczonych", lub też skądinąd, byleby były najlepszej jakości. Futerka, szale, opaski, koszyki, anielskie skrzydełka - taka Anne Gedes dla ubogich. A w środku słodko śpiące niemowlątko. 

I oglądam takie sesje, i rodzi się we mnie bunt.

Mam poczucie, że to jest wykorzystywanie własnego dziecka. Że takie niemowlęce "rozbierane sesje" to zwykły brak szacunku do drugiego, małego człowieka. Pewnie zupełnie niezamierzony - w końcu rodzice  przebierają noworodka ze sześć razy dziennie i co chwila widzą go na golasa. Ale czym innym jest oglądanie dziecka na golasa, a czym innym rozbieranie go podczas snu, żeby fajnie wyszło, albo usypianie na golasa (czym akurat maluch jest z pewnością zachwycony), żeby potem na śpiąco pstryknąć mu rękami profesjonalisty słodkie zdjęcia w koszyku z kłębkami wełny.

Mam jedną zasadę. Kiedy się zastanawiam, czy coś będzie dobre dla mojego dziecka, próbuję się postawić w jego sytuacji. Zazwyczaj się sprawdza.
I ja na przykład za nic nie chciałabym mieć sesji zdjęciowej nago, robionej, kiedy śpię i o niczym nie wiem.A potem wpuszczonej choćby na fejsbuka,  z którym dzielimy się prawami autorskimi - czyli wszyscy mogą ze zdjęciem zrobić wszystko.
Za nic.


3 komentarze:

  1. Zawsze miałam podobne odczucia co do zdjęć słodkich śpiących maluszkow z kwiatkiem na głowie usytuowanych np w otwartej szufladzie wyscielonej mieciutkim kocykiem.
    Ale wmawialam sobie, trochę podświadomie, dłużej nad tym się nie zastanawiając, na pewno też pod presją otoczenia rozumianego szeroko, że to rzeczywiście urocze.
    Ty nazywasz to brakiem szacunku. Ja nigdy tego mojego odczucia nie umiałam nazwać. Teraz myślę, że dzieciątko jest wtedy takim przedmiotem- rekwizytem. Zatem zgadzam się. To rzeczywiście nazywa się brakiem szacunku. Moje dzieci nie mają takich zdjęć (za to szalejace w wannie na golasa mają. I to w dwójkę naraz, czego na pewno za 10 lat będą się stanowczo wypierać!;-)).
    Podoba mi się właśnie w Twoim pisaniu, że nazywasz zjawiska po imieniu. Ubierasz to co niedotykalne w słowa.
    Pozdrawiam, M 3+5

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)

      Tak. Moje mają mnóstwo zdjęć "zastanych". Pozowane też się zdarzają. "Uśmiechnij się, Joasiu, zrobimy zdjęcie dla babci!" - i Joacha szczerzy się jak rekin, a ja od razu wiem, że niepozowane lepsze... :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...