wtorek, 3 grudnia 2013

Ściga panią Sanepid


Poranek klasyczny. Matka sprząta, dzieci jej pomagają*. Pan od okien odwołał wizytę, a właściwie odwołał ją jego samochód. Z pracy dzwoni ojciec dzieciom. Dzwoniła do niego z kolei pani z przychodni i mówiła, że nie szczepimy dziecka, więc zainteresował się nami Sanepid i musimy się wytłumaczyć, bo możemy dostać karę. Zgroza. Więc ojciec dzwoni do mnie, żebym zadzwoniła do nich, żeby oni, prawdopodobnie, nie dzwonili do Sanepidu.
Więc dzwonię.
Dowiaduję się tego, co już wiem, mianowicie, że nie zaszczepiłam dziecka, i że Sanepid chciałby wiedzieć dlaczego. Przyczyna jest prosta, nie jestem (jeszcze) przeciwnikiem szczepień. Chorujemy. Wiadomo**, że jeśli ktokolwiek w domu chory, trzeba odczekać tydzień. A my od kwietnia, czyli od szpitala mamy jakąś czarną serię. Kiedy już Witu doszedł do sobie, nie zdążyliśmy odczekać dwóch (po zapaleniu płuc) tygodni, i od nowa, tym razem zapalenie płuca zafundowała sobie Joanna, a potem już poszło i do lipca w zasadzie co niedzielę byłam na dyżurze lekarskim. Zgroza. Potem była przerwa na sierpień, z wyjazdem nad morze, gdzie klimat nas uchronił, i po powrocie zaczęło się znowu - jak nie matka walczy z wirusami, to dzieci łapią infekcje. Radzą sobie z nimi coraz lepiej, ale jednak szczepić nie można.

Pani - co prawda jeszcze nie ta, ale koleżanka - słucha moich wyjaśnień i każe mi przynieść zaświadczenie od lekarza, które dołączy sobie do karty i przedstawi sanepidowi. Kara nadal majaczy w tle. 

Oczyma duszy widzę siebie biegającą po wszystkich naszych czterech (plus dyżurnych) lekarzach, którzy wspólnym wysiłkiem tworzą rodzinną księgę chorób 2013, zgroza mnie ogarnia (znowu) i dzwonię do Rzecznika Praw Pacjenta. Uprzejmy pan informuje mnie, że opiekunem prawnym dziecka jestem ja i również ja jestem uprawniona do wystawiania zaświadczeń o jego zdrowiu (oraz chorobie). I że w przychodni moje ustne oświadczenie (także przez telefon) musi wystarczyć. Pytanie o karę chyba go śmieszy, ale wyjaśnia, że o czymś takim nie ma mowy. 

Później ucinam sobie dwudziestominutową pogawędkę z naszą panią pielęgniarką, która - uwaga - nie mogła do mnie zadzwonić, bo w przychodni nie ma wyjścia na telefon komórkowy! Oto jest służba zdrowia, proszę bardzo. Więc poprosiła koleżankę z darmowymi minutami, żeby zadzwoniła w jej imieniu. Bo wie, że jesteśmy "bardzo troskliwymi rodzicami", że Joasia byla szczepiona wzorowo, itp, itd. Ustalamy nowy kalendarz szczepień dla Witula. Oczywiście najlepsze byłyby skojarzone, żeby za dużo nie kłuć, a nadgonić. Notuję ceny i wzdycham w duszy. Chyba raczej zamienimy Witu w poduszkę na igły - albo znajdę jakiś program refundacji szczepień małym, biednym dzieciom. Przy okazji dowiaduję się, że idąc do lekarza z dzieckiem w wieku szczepiennym, powinnam prosić o zaświadczenie, że z powodu infekcji się do szczepienia nie nadaje. 
Wolne żarty.
Nie mówię tego pani pięlęgniarce, bo ją lubię. Prywatnie, nie jako publicznego przedstawiciela służby zdrowia.

A kara?
- To nie tak, że ja panią straszę jakąś karą - wyjaśnia nasza miła pani pielęgniarka.
Jasne, wiem, ona po prostu chce mieć porządek w papierach. Ale takie działania zawsze mnie denerwują. Urzędowe kłamstwa motywujące podmiot sprawy do załatwiania kurcgalopkiem stada niepotrzebnych zaświadczeń, bo tak jest wygodniej dla administracji. Wiem to, bo jestem skrzywiona zawodowo, a dociekliwość wraz z  trzydziestoma minutami dziennie wliczonymi już w miesieczny abonament to straszna broń. A jakie możliwości poznawcze, ho, ho!

A teraz, kochani, czas na kisiel.

*Wyjmują, co włożone, wkładają, co wyjęte, chcą na ręce, pić, czytać, siku, kupę, wyglądać przez okno i włazić pod biurko.
**Od naszej lekarki. Tej publicznej. Prywatnej jeszcze nie pytałam. 

2 komentarze:

  1. ahhhh, jakbym czytała o sobie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co, nosiłaś jakieś zaświadczenia, że szczepienie niewskazane?

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...