wtorek, 17 grudnia 2013

Dwanaście, czyli jeden

No i stało się. Moje dziecko młodsze skończyło rok.

 Ciągle mam wrażenie, że od porodu minęły ze trzy miesiące, a tu wyrósł mi wielki chłop: niemal osiemdziesiąt centymetrów, prawie jedenaście kilo (uśrednione, każda miarka i waga pokazuje trochę co innego). A poza tym wyrosło najsłodsze dziecko świata (płci męskiej). Cudny mały optymista. Home explorer. Eksperymentator. Dźwiękowydobywca, cycusiak i przytulak. Operator widelca i łyżki. Nadworny chlapacz. Miłośnik baniek mydlanych, jogurtu, owsianki i wyglądania przez okno. Cierpliwy choleryk, uparty bardziej niż matka. A matka myślała, że się bardziej nie da.

Z tej okazji matka upiekła bardzo eksperymentalny tort, złożony z trzech kruchych placuszków oraz przełożony różnymi rzeczami, w których spory udział miały kiwi, pomarańcze, jabłka i aronia. Tort, wbrew koncepcji, został polany czekoladą, gdyż tak go oczyma wyobraźni ujrzał ojciec dzieciom i wizja ta okazała się bardziej pociągająca. Również dla Witu, który czekolady spróbował chyba pierwszy raz (chyba, gdyż Asia po kryjomu dzieli się czasem zdobyczą z braciszkiem, a jeśli zdobycz bardzo nie brudzi, nie ma po dzieleniu się śladu). Tort nie został niestety dobrze zdokumentowany, więc takie zdjęcie musi, niestety, wystarczyć.

Szybko minął ten rok. Tak szybko, że nie zdążyłam wszystkiego zapisać, choć przez pierwsze pół roku porządnie prowadziłam dziennik pokładowy. I z tego powodu cieszę się, że piszę tutaj, bo może nie wszystko, ale dużo tu jest. I łatwo wrócić. I czytelnie zapisane. A z tego, co nie zapisane, przypomina mi się nasz pierwszy dzień w szpitalu. Mały Witulinek zawinięty w becik, ale nie bardzo ciasno. Śpimy na szerokim szpitalnym łóżku, ja przy brzegu, Witulek przy ścianie. Budzę się i czuję, że ramieniem dotykam małej główki. Przesuwam się, żeby przez sen nie zrobić jakiejś krzywdy maleństwu. Ale zanim zasypiam, patrzę sobie na dziadkojóziowy nos w miniaturze i krótkie,ciemne rzęski. Witulek zaczyna się poruszać - po czym niezdarnie*, ale skutecznie, przysuwa się znowu i przytula czołem do mojego ramienia.

I tak już zostanie.
Przytulanie jest ważne, może nawet najważniejsze. W pierwszym dniu i trzysta sześćdziesiąt pięć dni później też.

*Jak na kogoś, kto jest poza brzuchem mamy od ośmiu godzin, bardzo zdarnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...