piątek, 4 grudnia 2015

Bajka o świętym Mikołaju

Szósty grudnia. Odwieczny dylemat - co mówić dzieciom o świętym Mikołaju? Niewierzący nie mają z tym problemu, a wierzący muszą borykać się z rozmaitymi krasnalami oraz dialogami w rodzaju "Jak święty Mikołaj przechodzi przez komin? To tajemnica". Krasnal czy inny tam Dziadek Mróz wydaje się prostszy, bo jak tłumaczyć dwulatkowi, że biskup, że dawno temu, i co on właściwie zrobił? Czy poświęcić zabawę i tajemnicę związaną z przebieraniem się za świetego Mikołaja?

No i po namyśle doszłam do wniosku, że poświęcić. Na rzecz nauki dawania, myślenia o innych, sprawiania im przyjemności. (Zainspirował mnie tekst stąd).

A jak opowiadać?
Najprościej. Bajką. 

Oto bajka.
Opowiedzcie ją swoim dzieciom, jeśli chcecie.

Ja zaczęłam tak, przy śniadaniu:

- Wiecie, dzieciaki, niedługo będzie dzień świętego Mikołaja.
Słuchają, bo nieczęsto opowiadam przy śniadaniu bajki.
- Mhm - mówi Joasia.
- A wiecie, kto to był święty Mikołaj?
- Nie - niepewna odpowiedź, widzę, że nasuwają się mgliste wspomnienia.
- Święty Mikołaj to był taki ksiądz.
Żył sobie dawno, dawno temu. Tam, gdzie mieszkał, mieszkały też biedne dzieci*. Ich rodzice nie mieli pieniędzy, żeby kupić im buciki, ubranka, i zabawki też. Pewnego razu ksiądz Mikołaj usłyszał, że są u niego w mieście takie biedne dzieci. Bardzo chciał im pomóc, ale nie chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że to on. Poszedł więc w nocy i wrzucił przez okno worek z ubrankami, zabawkami. Dzieci bardzo się ucieszyły. Ich rodzice zastanawiali się, kto im pomógł.
- Widziałem wczoraj w nocy kogoś na naszej ulicy - powiedział jeden sąsiad. - Wydaje mi się, że to byl ksiądz Mikołaj.
- Tak, ja też widziałam kogoś pod waszym oknem - powiedziała sąsiadka - i wyglądał całkiem jak nasz ksiądz!
- A ja widziałem, jak ksiądz Mikołaj wrzucał jakiś worek przez wasze okno! - zawołał najstarszy sąsiad, który w nocy nie mógł spać.
Rodzice wraz z dziećmi poszli podziękować księdzu Mikołajowi, który trochę sie ucieszył, a trochę zawstydził, bo przecież nikt miał nie wiedzieć, że to właśnie on pomógł. A ich sąsiedzi zastanowili się, a potem znaleźli inne dzieci, które nie miały bucików i zabawek, i podarowali im to, czego im brakowało. Potem zrobili tak sąsiedzi tych sąsiadów. A później, w dniu świętego Mikołaja, dorośli zaczęli dawać prezenty dzieciom - nie tylko biednym, ale wszystkim. I dlatego ja też mam dla ciebie prezent. 

Powiem wam jeszcze tylko, że zarówno Witek, jak i Joasia słuchali z zapartym tchem. Mimo, że słyszeli ją w zeszłym roku.
Nic dziwnego. Dzieci kochają narrację. Dorośli też.

*No cóż. Legenda mówi, że to były ubogie panny na wydaniu, bez posagu, ale wytłumacz tu dwulatkowi, co to posag, panna i wydanie. Za to wersja dla dorosłych jest tutaj.

P.S. Foto - wyjątkowo - z Pixabay. Aktualizuję i podbijam wpis, bo widzę, że mocno go czytacie od tygodnia:)

4 komentarze:

  1. Bardzo ucieszyłam się Twoim dzisiejszym wpisem:) My dokładnie tak od lat tłumaczymy naszym dzieciom historię Mikołaja. I dodałabym jeszcze jeden argument. Nie lubimy dzieci oszukiwać, i kiedy potem przestać? I co one myślą? Że kilka lat rodziceim mówili nieprawdę? A koledzy w szkole uświadomili? To może warto słuchać raczej kolegów niż Rodziców.... itd. Itd. Więc rozmawiamy my, tłumaczymy zalrżnie od wieku w prxustępny sposób, także o trudnych sprawach jakrozwód rodziców kolegi, śmierć Babci, i inne ...
    A poza tym fajna ta Twoja Joaśka moja imenniczka:):)
    Pozdrawiam
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli działa! Dobrze to słyszeć, dzięki:)
      Rozmowa to podstawa, A dzieci rozumieją o wiele więcej, niż się wydaje.

      Joaśki są fajne, no ba!
      Pozdrawiam też:)

      Usuń
  2. ależ miałam zaległości w czytaniu twoich wpisów! (nie, że tak dawno nie czytałam, tylko tak często piszesz :D) pełzanie z lalką - bezcenne. co do przychodni i administracji - nie cierpię biurokracji i każda kolejna wizyta w jakiejś instytucji, której głównym zadaniem jest produkowanie miliona papierów i utrudnianie ludziom życia, upewnia mnie w moim przekonaniu, że słusznie jej nie cierpię. a lekarz ostatnio na pytanie, co mi przepisuje, odpowiada: niech mnie pani nie męczy. ci, którym się płaci, jakoś bywają mili i pomocni... doszłam ostatnio do wniosku, ze co jak co, ale słuzba zdrowia zdecydowanie powinna byc prywatna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech mnie pani nie męczy? Dobre. Przypomniał mi się ten, co mnie z izby przyjęć chciał wysłać na indukcję porodu. Pytam, dlaczego. "Nie będę pani medycyny uczył". Może studiowali razem? :P
      Prywatna, taaaaaak! Teraz mamy, umawiam wizytę przez neta, dzwonię do lekarza dyżurnego, załatwiają mi wizytę pomiędzy wizytamii w tym samym dniu, normalnie chorować nie umierać! :D



      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...