piątek, 8 listopada 2013

Stopociech

Dzieci są rozkoszne*. A ich eksperymentalne odkrywanie świata - fascynujące. I inspirujące.

Dygresja.
Zawsze mnie fascynowały odkrycia, a raczej - ich początki. Że woda się wylewała z wanny. Że jabłko spadało. Może to tylko dobrze się sprzedające historyjki, ale świetnie oddają możliwości ludzkiego mózgu. Jak to było z ogniem? A z kołem? A z mlekiem w proszku? A z plasteliną? A z przepisem na piernik?
Komuś coś wyszło przypadkiem, ale był dobrym obserwatorem, próbował powtórzyć efekt i odkrył? A może kilka osób, nic o sobie nie wiedzących, odkryło to samo w jednym momencie?
Koniec dygresji.

Pierwszy rok życia obfituje w odkrycia i w nagłe a niespodziewane (dla rodziców) nabywanie nowych umiejętności. Ot, pełza sobie, pełza, i nagle siada. Albo raczkuje sobie, raczkuje - i nagle wstaje. Albo znajduje na podłodze kawałek ciastka, mówi z zachwytem: "Cia!" i ów kawałek pożera, nim matka zainterweniuje. Choć dotąd nie mówiło.

W drugim i trzecim roku odkrycia i osiągnięcia rozwojowe występują rzadziej. Tym większym bywają zaskoczeniem. Taka na przykład Joasia: z dnia na dzień odkryła, że ubikację można dosiąść jak konia, tyle, że tyłem do przodu  na oklep, i porzuciła nocnik, bo przecież lepiej się sika do muszli. Nikt jej nie pokazywał. Sama na to wpadła. Nie mogła nigdzie podejrzeć, bo nikt z nas tak nie siada (poważnie!). Albo żąda do śniadania noża (plastikowego) i pięknie smaruje sobie chleb masłem. Lub też idziemy na plac zabaw, na którym trochę nas nie było, a tu okazuje się, że chodzenie po wiszących mostkach (takie pieńki zawieszone na łańcuchach) nie jest już problemem, a ostatnio były nieosiągalne... Albo podchodzi sobie moje dwuipółletnie dzieciątko do ściany  i rysuje tatusia, głowonoga z kończynami, oczami, buzią i - uwaga - z uszami i w butach! I to na swoim miejscu!

Zresztą u obojga jest też mnóstwo odkryć pomniejszych, związanych z rozsmarowywaniem jogurtu na stoliku, wody na podłodze, innych płynów ustrojowych** gdzie bądź, przelewaniem z butelki do słoika, rozdrabnianiem, sklejaniem, darciem, zgniataniem, wrzucaniem i wyjmowaniem, włażeniem i złażeniem, zjadaniem i wypluwaniem, brzdękaniem, waleniem i trąbieniem***. Równie wiele jest później sprzątania, ale obserwowanie dziecięcego zachwytu odkrywczego i poznawczego entuzjazmu jest warte o wiele więcej, niż dodatkowy kwadrans sprzątania. I sama się sobie dziwię, że to piszę, jednocześnie marząc o dziecięcym, wododpornym, a nawet wszystkoodpornym pokoju zabaw. Od którego na razie dzielą nas lata świetlne. Miejmy nadzieję, że świetne też.

P.S. W tym tygodniu zobaczyłam na liczniku 20000 wejść. Dwadzieścia tysięcy razy do mnie zajrzeliście.  Dziękuję. 



*Zazwyczaj.
**Domyślcie się sami.
***Matka sama winna, gdyż z rozpędu przy własnych dzieciach pokazała kuzynkowi, że na lejku da się udawać słonia, własne dzieci wnikliwie zaobserwowały i testują teraz wszystkie naczynia, które napotkają, zwłaszcza Witulek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...