środa, 13 listopada 2013

Sto w jednym

Co się zabiorę za jakąś gazetę* bardziej dla matek, trafiam na tekst o kolejnej mamie, rozkręcającej własny biznes. Lub o innych bizneswomen, które wróciły do pracy parę miesięcy po porodzie i jest super. I tylko zgrzytam zębami. W ostatnich linijkach okazuje się zazwyczaj, że mąż nie pracuje, lub babcia mieszka w domu i zajmuje się dzieckiem, lub niania przychodzi, lub też mama znalazła świetny żłobek. Zawsze po przeczytaniu takiego tekstu mam trzy odczucia.
Po pierwsze - że bohaterka tekstu ucieka od pieluch we własny biznes, rezerwując sobie dla dziecka trzy godziny dziennie. Może i to krzywdzące, ale z drugiej strony - rozumiem.
Po drugie - że też tak chcę. Znaczy nie uciekać, ale robić coś swojego. I jeszcze na tym zarabiać, o.
Po trzecie - że się nie da.
Teraz powinien mi się włączyć dzwonek alarmowy: kto myśli, że się nie da, dla tego się nie da, i tak dalej, ale naprawdę tak jest. Ot, choćby ostatni czas, w którym starałam się realizować nowe założenie: że pracuję nad własnym miejscem pracy. Takie wstępne przymiarki, na ile mogę sobie pozwolić. Czy w ogóle mogę. No i wychodzi, że niby tak, ale jest różnie.

Zrobiłam na przykład trzy sesje zdjęciowe. Z czego jedną z dwójką dzieci, jedną z jednym, jedną sama. Była też jedna sesja ubrankowa w towarzystwie Witu, ale Witu był u autorki ubranek na rękach, gdy ja się produkowałam za obiektywem, więc jak z nianią i się nie liczy. Ogólnie z dziećmi w plenerze się da. Potem siedziałam nad zdjęciami w domu, na czym ucierpiał dom i mój sen. Dzieci nie, oczywiście.
Walczę na przykład z wydawcą. O szczegółach szkoda gadać, grunt, że początkowe ustalenia okazały się picem na wodę, a pracy jest nieco więcej, niż umowa przewiduje, i to jest eufemizm, tak. Więc robię którąś tam korektę autorską, a dom zarasta sobie tym i owym, zwłaszcza owym. Joasia przychodzi i mówi: "Mamo, nie pjacuj już, pobawimy się, co?".

Napisałam na przykład do ostatnich "Trybów" tekst na siedem tysięcy znaków. Poproszona, no i stęskniona za pracą. Całe szczęście, że w nocy pisze mi się szybko i dobrze, bo inaczej dedlajn mógłby się okazać nie metaforą, a rzeczywistością.

Znajomy organizuje we Wrocławiu fajną rzecz związaną z dziećmi, czytaniem i życiem towarzyskim i potrzebuje plakatu. (A skoro już o Wrocławiu - jeśli są tu mamy z Wrocławia - odezwijcie się, opowiem o konkretach.) Przypominam sobie stare czasy i odpalam Corela - dzieci uczą się przy okazji kilku nowych słów: 'wieszać się", "szitowe fonty", "cholllllllllgrrrrrrr". Obiad się przypala, pranie nie robi się samo. Draństwo.

I tak to właśnie wygląda. Przypuszczam, że to moja niewydolność, w końcu to nie ja jestem kobietą z (reklamy) żelaza, ale jeśli tylko do mojej chwiejnej domowo-organizacyjnej równowagi zostanie dorzucony jakiś mały, zawodowy odważniczek, natychmiast system włącza oporniki i oporuje, że hej. A nawet hej, hej, hej. Tak więc wolny** czas spędzam ostatnio na rozmyślaniach, czy satysfakcję okupiona cierpieniem można wciągnąć w koszty. I w czyje. 

Następnym razem - obiecuję - będzie bardziej optymistycznie, chociaż zaczęłam drugi sezon "Bossa", co w listopadzie nie jest najlepszym pomysłem.

*Mniej więcej raz na miesiąc.
**Około trzech minut przed zaśnięciem i sześciu - sumując - w trakcie karmienia.

1 komentarz:

  1. widzisz, ty masz chociaż poważny powód do usprawiedliwiania braku światłych inicjatyw, gorzej, jak można a się nie robi... :D

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...