niedziela, 10 listopada 2013

Matka na niedzielę. Z pokorą

Kiedy nie byłam jeszcze żoną i matką, chodziłam na mszę tam, gdzie mi się podobało. Jechałam przez pół miasta na dominikańską dziewiętnastkę albo wstawałam bladym świtem, żeby na dziewiątą zdążyć do parafii na kazanie jednego z lepszych teologów, jakich znam. Jednym słowem wybierałam, co chciałam. Omijałam kazania niektórych księży, żeby nie podnosić sobie ciśnienia, i unikałam kościołów, w których denerwował mnie nieporządek przy ołtarzu. Liturgiczny nieporządek.

A teraz idę na mszę wtedy, kiedy dzieci mi pozwolą. Z pełną pokorą.
W pewnym sensie macierzyństwo i dzieci zarządzające moim kalendarzem uwolniły mnie z pychy wybierania sobie miejsca spotkania z Bogiem.

Pewnie zaraz zaprotestujecie: że jak jest wybór, można wybierać, że lepsze lepsze kazanie od gorszego, że chodzi o to, żeby coś przeżyć i zrozumieć. Pewnie tak, i długo tak uważałam. Ale doświadczam właśnie zupełnie czego innego. Nic nowego. Psalm 63.

"Oto wpatruję się w Ciebie w świątyni
by ujrzeć Twą potęgę i chwałę."

Po co chodzę do kościoła?
By ujrzeć Jego potęgę i chwałę.

A On tam jest, zawsze, niezależnie od tego, jak złe jest kazanie, jak kiepska obstawa (liturgiczna), jak znudzeni parafianie i jak bardzo fałszujący organista.

A On mówi do mnie wtedy, kiedy chce, nie czeka na fantastyczne kazanie, potrafi poruszyć moje serce dwoma słowami z dygresji od dygresji od interpretacji wiersza jakiegoś zupełnie niebiblijnego poety.
Dla Niego przychodzę. Zaspana. Zmęczona. Poświęcająca inne niedzielne rzeczy. Rozkojarzona, bo dzieci czegoś chcą. Rozproszona. Dla Niego. Nie dla siebie. A On robi coś takiego, że ja mam z tego mało wzorcowego uczestnictwa w Eucharystii pożytek.
I to chodzi.


                           Następna matka na niedzielę: Wsparcie

2 komentarze:





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...