środa, 23 października 2013

Zdumiona i przerażona, czyli rzecz o porównywaniu

Coraz bardziej zaczynam uważać, że posiadanie* dwójki dzieci o niedużej różnicy wieku ma same pozytywne skutki. Nie dość, że się człowiek od pieluch i całodobowej obsługi niemowlaka nie odzwyczai, to jeszcze dzieciaki bawią się razem, co bardzo korzystnie wpływa na ilość wolnego** czasu ich matki. No i psychicznie też dobrze tej matce robi. Dlaczego?
Ano matka przestaje się przejmować porównywaniem.

Porównywanie samo w sobie nie jest takie złe. W dorosłym życiu zwłaszcza. Dobre przykłady, równanie w górę, poprzeczka wysoko, motywowanie się i tak dalej. Ale w dorosłym życiu chodzi głównie o świadome kształtowanie swoich nawyków, a nie o naturalny, fizjologiczny rozwój fizyczno-psychiczny.

Porównywanie małych dzieci i ich umiejętności kompletnie nie ma sensu. 
- O, jak ładnie mówi? A ile ma?
- Piętnaście miesięcy.
- Niemożliwe! Moja ma dwa lata i mówi tylko "tata", "mama", "baba" i "daj"!

Skutki: frustracja, naciskanie na dziecko, brak pewności siebie u tegoż dziecka i tak dalej. Tak jakby dziecko, które chodzi, było lepsze od tego, co nie chodzi.
- O! JUŻ chodzi? Świetnie!
- Ojej... JESZCZE nie chodzi? A byliście u lekarza?
Sami zresztą wiecie.

Nigdy nie miałam skłonności do porównywania i do stresowania się jego wynikami. Czasem mi się zdarzało, ale Witulek chyba ostatecznie mnie tego oduczy. I nauczy pokory, zwłaszcza względem wiedzy autorów poradników dla młodych mam. Kiedy byłam tylko mamą Joasi, czytałam sobie na przykład, że półroczne dziecko można nauczyć pić z kubeczka. Że dziesięciomiesięczniakowi można dawać sztućce, żeby się przyzwyczajał i uczył. Że ośmiomiesięczne dziecko może już pić przez rurkę. I myślałam sobie, patrząc na Joaśkę: co za bzdury! Picie z kubeczka - chyba piętnaście miesięcy. Picie przez rurkę - szesnaście? - podobnie samodzielne jedzenie łyżeczką.

A potem pojawił się Witul.
Półroczny Witul pił z kubeczka.
W poniedziałek nauczył się - tak od kopa - pić przez rurkę, a potem zrobił awanturkę, że nie chce być karmiony, tylko jeść sam, i teraz muszę pomagać mu przy jedzeniu łyżeczką, bo chce SAM nabierać i SAM wkładać do buzi. Aha, i talerzyk też chce mieć, nie tam jedzenie na stoliku. Jestem zdumiona, przerażona i zachwycona, nie wiem, co bardziej. Chyba jednak to ostatnie.
No dobra, może i skończył niedawno dziesięć miesięcy. Ale łyżeczką? Poważnie, synu?
Naprawdę, oszczędźcie nerwów sobie i innym młodym matkom i nie porównujcie.



*Taki nawyk językowy.
**Wolnego do, oczywiście, nie wolnego od i absolutnie. Do porządków, na przykład. Do pisania.

5 komentarzy:

  1. Od dłuższego czasu obserwuję Pani blog i wreszcie postanowiłem zabrać głos. Gdybym nie był już doświadczonym ojcem trójki dorastających dzieci, a wizja ojcostwa byłaby ciągle przede mną, może ten blog okazałby się pomocny. Jednak bazując na kilkunastoletnim doświadczeniu widzę jaki jest banalny. Nie ma on służyć pomocy świeżo upieczonym rodzicom, lecz chyba podbudowaniu własnej wartości jego autorki. Przekonanie, że jest Pani mądrzejsza od wielu poradników, które bardzo często są autorstwem równie, o ile nie bardziej, doświadczonych rodziców świadczy jedynie o próżności i braku pokory. Nie kwestionuję intuicji jaką ma matka czy ojciec, bo są one niezwykle ważne, ale nagminne pomniejszanie wartości jaką niosą tego typu publikacje jest po prostu oznaką pychy.

    I jeszcze jedna rzecz, myślę że dość istotna. Zadałem sobie trud i przeczytałem Pani blog od początku do końca i mam nadzieję, że Pani córka, go nie przeczyta. Wyłania się z niego obraz rozkapryszonej dwulatki, która w żadnej mierze nie dorównuje rozwojem swojemu młodszemu bratu. Pisze Pani o porównywaniu, a właściwie o tym, by tego nie robić. Moim zdaniem dotyczy to również własnych dzieci. W Pani blogu występuję to nagminnie i niestety bilans tego porównania wypada zawsze na niekorzyść starszego dziecka... świadczy zresztą sposób w jaki Pani o nich mówi – córka jest Joaśką (co raczej nie kojarzy się ze zdrobnieniem imienia), a syn Witulem…

    Pozdrawiam serdecznie i życzę więcej rozwagi w prowadzeniu bloga
    Stroskany ojciec

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że Pan obserwuje. Oraz, że postanowił Pan zabrać głos. Gratuluję trójki dzieci. A teraz do rzeczy. To jest blog autorski. Specjalnie tak napisałam, bo ostatnio termin "blog" stał się synonimem miejsca do pouczania. Jak gotować, jak się ubrać, jak wychowywać dzieci. A dla mnie blog to internetowy dziennik, nic poza tym, żadna pomoc dla świeżo upieczonych rodziców, chyba tylko w kwestii - hm - porównania doświadczeń. Oczywiście, że blog matki dwójki maluszków będzie banalny dla kogoś, kto ma trójkę dorastających dzieci. Proszę go więc zakwalifikować jako blog z nudnymi wynurzeniami i oczywistymi odkryciami. I wszystko będzie dobrze. Podbudowanie własnej wartości? Jakby się dobrze zastanowić, to ten blog powstał z potrzeby pisania, a nie wybebeszania się czy pouczania, a jak wiadomo, każdy pisarz to narcyz, więc pewnie coś w tym jest.

      Och, jej. Nie mam przekonania, że jestem mądrzejsza od poradników. Zwłaszcza wielu. Skąd taki pomysł? Czasami z nich korzystam. Co lepsze, w tym wpisie w tej kwestii zgadzam się z Panem. Na blogu pisałam o trzech, z czego o dwóch z zachwytem, więc na pewno nagminnie nie pomniejszam. Może z wyjątkiem tego, w którym polecali dla dobrego samopoczucia pomalować sobie na kolorowo paznokcie u stóp przed porodem, ale o nim milczę i milczeć będę. Czyżby był Pan autorem poradnika, ha, ha?

      Joaśka? Witul? I to "Witul" jest ładniejsze? Hm. Bardzo ładna, nietrafiona i pochopna analiza. Chyba jednak nie czytał Pan od początku do końca: używam wielu innych zdrobnień. Na marginesie - Joaśka to jedno z moich ulubionych.

      Jeszcze o tym porównywaniu. Moje założenie podstawowe jest takie: każde dziecko jest cudem (proszę wyjść poza banał i rozumieć to dosłownie). Każde dziecko jest inne. Jeśli dla Pana bilans wypada na niekorzyść, to pewnie dlatego, że o W. piszę od jego narodzin, a o J. zaczęłam od jej piętnastego miesiąca, zatem już po cudownym okresie pierwszego bardzo bobasowego roku. Zatem to Pan porównał sobie moje dzieci i uznał, że wychodzi na niekorzyść. Ja tak na to nie patrzę. Dla mnie każde z nich jest najwspanialsze na świecie, mała Jot mówiąca zdaniami prostymi w pierwsze urodziny i mały Wu pijący z kubeczka w siódmym miesiącu. Jestem z nich tak samo dumna: z Joasi rysującej pana i Witula rysującego kreskę. Jasne, że się zachwycam, kiedy Witu robi kreskę kredką w dziewiątym miesiącu, ale to jest zachwyt nad możliwościami człowieka, a nie uznawanie, że jest "lepszy" od siostry! Czasem owszem, porównuję momenty, w których dzieciaki zaczęły coś robić, ale badawczo, a nie wartościująco, jeśli oczywiście to dla Pana różnica.

      Pozdrawiam równie serdecznie i zachęcam do poszukiwań, na pewno znajdzie się blog dziadków, z którego dowie się Pan czegoś nowego.

      Usuń
  2. ja tam nigdzie nie zauważyłam, żeby Witul był hołubiony. Mówisz o tym, że robi coś szybciej niż Joacha, ale nie wygląda to wartościująco. Trzeba też wziąć poprawkę na to, że podobno chłopcy rozwijają się trochę wolniej, więc każde od tego odstępstwo jest pewno tym milszą niespodzianką :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja myślę, że jak Asiątko kiedyś tego bloga przeczyta, to się uśmieje ze swoich tekstów i pomysłów. I to będzie dla niej wielka frajda! :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...