środa, 23 października 2013

Samozasypianie

W trakcie lektury sami wiecie czego po raz kolejny wyskoczył temat samozasypiania. Że dziecko należy nauczyć zasypiać samo, bo daje mu to samodzielność i oszczędza czas rodziców. Nie na rękach, nie w wózku, nie przy piersi, nie w samochodzie albo gdzie tam jeszcze rodzice wypraktykują. W łóżeczku, samodzielnie, i już.

Ma to sens, oczywiście. U nas na przykład sens był do momentu, w którym dziecko nie zaczęło mieć tylko dwóch drzemek w ciągu dnia. Joaśkę przestawiłam na samozasypianie w trzecim miesiącu życia, Witul zasypiał tak od początku. Oboje - mniej więcej do piątego-szóstego miesiąca. I koniec.

Książki Tracy Hogg są dla mnie trochę jak rachunek sumienia, więc przejęłam się jak zwykle i zaczęłam analizować Witulowe zasypianie. Że przy cycusiu. Że jak się obudzi w trakcie drzemki, to cycusia jeszcze raz. Że w nocy też się bez niego nie utuli, nawet, jak nie jest głodny. Że je z częstotliwością niemowlaka. 
Wzięłam więc głęboki wdech, nastawiłam się na ciężkie dwa tygodnie i wyjaśniłam Witulowi, że nauczę go zasypiać samodzielnie. To było rano.

Postanowiłam zacząć nie od usypiania przy drzemkach, ale od tego śróddrzemkowego cycusia. W środku drzemki Witulek obudził się i bardzo zdziwił. Poprosił, potem zaczął się domagać, potem płakać, w małych oczkach miał zdumienie i przerażenie: nie będzie cycusia? Nie zasnął.
Przy popołudniowej drzemce sytuacja się powtórzyła. Witul w zasadzie nie płacze, więc biedny, rozmarudzony i bardzo zdziwiony wyglądał tak żałośnie, a świadomość tego, że przez kolejne dni tak właśnie będzie,  była tak frustrująca, że w porze kąpieli powiedziałam sobie: chrzanić Tracy. Chrzanić samozasypianie. Joaśka zaczęła zasypiać sama koło drugich urodzin - w południe, bo wieczorem to inna sprawa. Moje dzieci zasypiają przy cycku i już. To było wieczorem.

Potem Witul zasnął przy piersi. Obudził się po dwóch godzinach, bo się wiercił i uderzył o szczebelek. Uznałam, że na pierś za wcześnie i przytuliłam go na rękach. A co mi tam, może jednak spróbować. Po dwóch minutach przypomniało mi się, czemu wolę go usypiać przy piersi na siedząco, zamiast przytulać na stojąco. Po pięciu minutach kręgosłup nie chciał już rozmawiać. Za to prawie śpiący Witul chciał. Podniósł główkę z mojego ramienia, rozejrzał się i powiedział:
- Ko!
Przykryłam go więc zaraz kocykiem - i słodko zasnął.

A na drugi dzień wieczorem...
Najpierw popołudniowa drzemka nastąpiła za późno. Potem w porze spania był zbyt wyspany, napił się mleka i nie zasnął. Oczy tarł, ale bez rezultatów. Postanowiłam zaeksperymentować i w dobrym humorze włożyłam go do łóżeczka (jego i moim humorze). Do kompletu dałam mu królika. A potem powiedziałam mu dobranoc - i wyszłam.
Pogadał, pobrykał - i po dziesięciu minutach już spał.
Mrrr.

Wczoraj wieczorem za to Witul postanowił zaeksperymentować sam. Zjadł, ile było, po czym puścił pierś, ułożył się wygodnie w moich ramionach i czekał na sen. Zaczęłam mu szeptem opowiadać usypiacz z czasów, gdy Joaśka była mała - wierszyk o smoku Pazurku. Po spokojnym kwadransie mogłam przełożyć go do łóżeczka.

A teraz najlepsze: przespał całą noc.
W związku z tym - ja też. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów (z półtora roku) przespałam osiem godzin bez przerwy. Czuję się jak wulkan energii, może nieduży, ale zawsze. Dowód? Jest 5:54, a ja właśnie skończyłam pisać. I żadnej kawy! I dzieci jeszcze śpią!

No i jak to w końcu jest z tym samozasypianiem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...