czwartek, 31 października 2013

Pochwała Ikei

Wiecie, że (z różnych względów) zazwyczaj unikam wymieniania nazw produktów i sklepów. Tym razem jednak nie uniknę. Gorzej, będę się zachwycać.

Ikea. Drogie meble dla ubogich, ubrania w pudełkach, charakterystyczny styl i szansa, że sąsiadka będzie miała tak samo urządzone mieszkanie. No, długo by wymieniać.
Przy tym wszystkim - o dziwo - Ikea jest dla mnie miejscem relaksu. Ostatnio pojechaliśmy do niej z dziećmi, tym razem nie po to, żeby tęsknie oglądać różne rzeczy, na które kasy brak, ale żeby napawać się tym, ilu rzeczy nam nie potrzeba - normalnie Sokrates na targu i omnia mea mecum porto. Coś wspaniałego.
Ale do rzeczy.

Napawając się, zakupiliśmy też śliniaki (dawno upatrzone, na miejscu okazało się jednak, że nie ma i nie będzie, więc pożyczyłam nożyczek od pani z informacji i poszłam sobie uciąć z rabatki, pardon, wystawy, ostatnie sztuki). Śliniaki dołączyły do naszego, coraz większego, zbioru dziecięcych przydasiów. Zajrzyjmy do niego, bo wszystko mogę z czystym sumieniem polecić.

Łóżeczko. Sosnowe, z surowego drewna. Proporcja ceny do jakości - super.

Śpiworek do spania. Ładny, sensownie rozpinany, przyjemny, dobrze się pierze, i cena jest całkiem niezła. Na korzyść klienta.

Ręczniki kąpielowe, niemowlęce. Z kapturkiem takie. Jakość - świetna. Można gotować. Obsuszają dziecko po pierwszym praniu (to znaczy po pierwszych dwóch praniach). Wieszaczki mają na kapturze. Schną szybko. I nie są kwadratowe, tylko prostokątne, łatwo małego człowieka zawinąć.

Nocnik. Rewelacja. Wygodny, nie ślizga się po podłodze, i tani. I ładny.

Podnóżek, stopień - jak zwał tak zwał. Jak wyżej. (Plastikowy, nie drewniany.)

Miękkie grzechotki - lekkie, nic się im nie odpruwa w trakcie intensywnego użytkowania, zdatne do prania w pralce. Tanie.

Śliniaki. Jak dla mnie, hit. Na dobry rzep, na tyle długie, że osłaniają też kolana, z kieszonką, i co najważniejsze - żadne tam przecieranie wilgotną szmatką. Zdatne do prania w 40 stopniach. I nie jest w nich gorąco. A przy rękawach mają ściągacze, dzięki którym brokuły i buraczki pozostają na zewnątrz. Jedyne, na co można narzekać, to to, że nie są z golfem.

Krzesełko do karmienia. Klasyczne, plastikowo-metalowe, jak na krzesełko tanie i bardzo funkcjonalne. Z tacką, która ma wyższy brzeg (rozlany płyn nie kapie na podłogę, kolana mamy i kolana dziecka). Nie da się w nim wstać (przynajmniej na razie). Zajmuje niedużo miejsca. Łatwo pod nim posprzątać.

Sztućce. Takie osiemnaście sztuk za sześć złotych. Kolorowe. Wygodne. Noże kroją, ale jedzenie, a nie palce, co jest pożądane. Da się nimi posmarować chleb. Znaczy masłem posmarować, przy użyciu noża. Joaśka jest tym zachwycona.

Pewnie jest jeszcze coś, ale na razie nie przychodzi mi do głowy. W każdym razie wszystkie te wymienione wyżej rzeczy są dobrze zaprojektowane. A wierzcie mi, źle zaprojektowanych produktów dla małych dzieci jest całe mnóstwo. I wcale nie są tanie jak barszcz, wręcz przeciwnie, co tylko dodatkowo rozdrażnia użytkowników, bo szkoda wyrzucić, głupio sprzedać, bez sensu mieć i nie używać. Zatem Ikea, moi drodzy. Ikea. Przynajmniej w kwestiach wyżej.


P.S. Ten wpis nie jest sponsorowany przez Ikeę. Przez nikogo innego też nie jest. W roli jedynego sponsora może występować ojciec dzieciom, który opłaca internet.


2 komentarze:

  1. Brawa dla Sponsora ;-)
    No to widzę, że mamy podobnie ;-) u nas są: śliniaki, sztućce, talerzyki, krzesełko do karmienia i również zadowolona jestem bardzo ;-) teraz wybieramy się po blokady do szafek, ale coś ciężko nam dotrzeć bo w tygodniu czasu brak a weekendu szkoda ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas blokad nie ma, bo nie mamy szafek:) ale na liście są jeszcze plastikowe pojemniki i parę plastycznych rzeczy. I niby blisko mamy, ale też wyprawa jak za morze.

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...