wtorek, 1 października 2013

Jesień

Wrzesień się skończył. Razem z nim lato. Wyjątkowo nie żałuję, i to wcale nie dlatego, że po lecie nastąpiła polska złota jesień, bo nie nastąpiła. Za to skończyły się różnego rodzaju skoki przez płotki i poprzeczka opuściła się odrobinę niżej.

W efekcie skoków i przeskoków ojciec dzieciom zakończył edukację i jest teraz potrójnie dyplomowanym człowiekiem sztuki, co mnie zachwyca z wielu różnych powodów, ale najważniejszy jest ten, że oglądam nieco więcej ojca niż tylko czoło znad monitora. Ach, nie, przepraszam, podczas śniadania było widać całą twarz. Dzieci też są zachwycone, bo odzyskały tatusia.

Za to lista rzeczy do zrobienia, która w ciągu tych kilku tygodni urosła do dziwnie wielkich rozmiarów, lekko mnie przeraża. Znacie ten stan, kiedy z każdego kąta coś wygląda i woła o uwagę, a człowiek nie jest przecież ośmiornicą z umiejętnością bilokacji (było się bardziej przykładać na studiach). W połączeniu z jesiennym przesileniem i Witulem budzącym się o piątej, a potem wcale-już-nie-zasypiającym stan ten robi się nieco dokuczliwy. Póki temperatura nie spadała zbytnio, uciekałam przed owym stanem (moim i mieszkania) na długie spacery, gdy spadła, poodwiedzałam okoliczne supermarkety i inne dyskonty handlowe, ale ile można oglądać rzucone w tym tygodniu w Biedronce produkty? 
Nie aż tak długo, w każdym razie.

Postanowiłam więc stawić czoła wrogowi i zmierzyć się wreszcie z jesiennymi porządkami w rzeczach dziecięcych. W założeniu mają znaleźć nowy dom za pośrednictwem pewnego serwisu aukcyjnego, ale przygotowywanie ich, pranie, fotografowanie i opisywanie to przynajmniej pół etatu. Postanowiłam też nie narzekać, tylko działać, choćby i powoli.
Więc od razu się wzięłam, zawzięłam - i siadłam do bloga.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...