sobota, 28 września 2013

Paprak, czyli do stu razy sztuka

W okolicach czwartego (lub szóstego) miesiąca zaczyna się zabawa z jedzeniem. Do zabawy z jedzeniem, poza tymże, jest potrzebnych kilka rzeczy: podajnik jedzenia, ochrona przed jedzeniem i miejsce do jedzenia. Z czego najważniejsza jest ochrona przed jedzeniem (chyba, że macie pojemną pralkę lub cierpicie na prasochizm*).
Ochrona przed jedzeniem jest zazwyczaj nazywana śliniakiem. To błąd. Śliniak to ochrona przed śliną, która moczy, ale nie plami, nie przykleja się i nie ma kawałków. Jedzenie moczy, plami, przykleja się i ma kawałki. Według wzoru powinien to być paprak.**

Ostatnio nabyłam wreszcie paprak niemal idealny. Za trzecim podejściem, bo dwa poprzednie kończyły się informacją, że niestety, ale chwilowo zabrakło. Tym razem nie dałam się zbyć i oznajmiłam miłej pani z informacji, że przed chwilą oglądałam dwa egzemplarze wystawowe w dziale "kuchnia" i mogę je sobie własnoręcznie odciąć bez oglądania się na ich poekspozycyjny stan, o ile pożyczy mi nożyczek. Pożyczyła, a ja nabyłam dwusztukowy komplet śliniakofartuchów. Nie ma to jak szwedzka sieciówka nie-tylko-meblowa. Paprak jest niemal idealny, bo odrobinkę jednak przepuszcza, lecz nic to w obliczu śliwkowych plam w najmniej spodziewanych miejscach, zwłaszcza... pod śliniakiem. Normalnie rewolucja. A trzeba Wam wiedzieć, że od kiedy Joaśka zaczęła jeść coś poza mlekiem mamy (czyli - bagatela - niemalże od dwóch lat), próbuję znaleźć dobre rozwiązanie tej trudnej jak plama po kakao kwestii. Jako, że po A. (a w zasadzie po J.) odziedziczyłam spory zbiór śliniaków-papraków, a jeszcze kolejne zostały mi sprezentowane, mogłam bez większego uszczerbku na kieszeni eksperymentować.

Szybko udało mi się ustalić kilka podstawowych zasad. Po pierwsze, mocno zapinany lub wiązany. Po drugie, jak największy. Po trzecie - koniecznie z nieprzemakalną warstwą. Po czwarte - nadający się do prania.

Zapinanie jest ważne. Jeśli dziecko było w stanie jedną (brudną) rączką pozbyć się z (brudnej) szyi (brudnego) śliniaka i wytrzeć cały brud w czyste ubranko, to nie był dobry śliniak. Mocny rzep, mozny zatrzask, szorstka tasiemka - nic poza tym.
Rozmiar ma znaczenie, a jakże. Śliniak wielkości dłoni to kpina z rozszerzania diety i wystawianie na próbę pralki, środka piorącego oraz matczynej cierpliwości. Zbyt duży jest niewygodny i powoduje utrudniające karmienie protesty.
Nieprzemakalna warstwa prawie gwarantuje, że nie trzeba będzie dziecka przebierać po jedzeniu. Po piciu i tak będzie trzeba. 
Nadający się do prania. Poważnie. Kupiłam ostatnio śliniak, którego prać nie można, należy za to przecierać wilgotną szmatką. Jak zwykle: podejrzewam, że projektant nie ma dzieci.

Po pierwszych joasinych próbach z małymi śliniakami (do kitu), słabo zapinanymi śliniakami (do kitu) i śliniakami z czystej bawełny (do kitu) przejrzałam odziedziczoną garderobę, wytypowałam dwa już poplamione ubranka i zrobiłam z nich ubranka-babranka. Ubranko-babranko to całkiem niezły pomysł, pod warunkiem, że ma się dużo czasu, bo trzeba je założyć na gołe ciało (przemaka), a karmienie wiąże się z koniecznością dwukrotnego przebierania. Czyli dobre przy pierwszym dziecku.

Kiedy Joaśka weszła w okres BLW (Babrać Lubię Wielce), ubranko-babranko okazało się niewystarczające (a raczej ilość, bo potrzebne byłoby pięć sztuk. A wszystko ma swoje granice). Nabyłam więc śliniak plastikowy, bez rękawów, zapinany z tyłu na rzep. Do przecierania wilgotną szmatką. Ale mnie to przecieranie zdenerwowało, bo zostawały plamy na obrzuconym bawełnianą tasiemką brzegu. Zamoczyłam więc śliniak, żeby pozbyć się plam, po czym okazało się, że namoczony plastik zaczął dziwnie śmierdzieć (czyżby moczył się za długo? Hm.). Tasiemka się doprała - tylko po to, by wylądować w koszu.

Później, kiedy nadszedł czas na samodzielne jedzenie zupy (a raczej samodzielne próby zjedzenia zupy łyżeczką), upolowałam w pobliskim lumpie gruby i wielki śliniak z gumą w środku, taki trochę dorosło-szpitalny. Zakrywał Joaśkę od szyi po kolana, dobrze chłonął, nie przepuszczał do środka i zasłaniał, co miał zasłaniać, ale był wielki i gruby i Joaśkę wkurzał. Leży gdzieś na dnie szafy. Potem Joasia przestała potrzebować śliniaka. A nie tak dużo później zaczął go potrzebować Witulek, który nie lubi mieć nic na szyi i lubi bawić się rozmaitymi tkaninami w a-kuku. I silny jest. Więc słabe rzepy, a nawet szorstkie tasiemki i wszystkie zatrzaski powędrowały do schowka po pierwszym miesiącu. Ikeowy śliniakofartuch na razie jest przebojem. I można go prać w sześćdziesięciu stopniach, ha!
Ale i tak najlepszym śliniakiem jest brak śliniaka. Zwłaszcza latem.



*Prasochizm, jak sama nazwa wskazuje, jest pewną odmianą masochizmu, często obserwowaną u matek jednego dziecka.
**W przypływie czasu napiszę może w tej sprawie do Naczelnej Rady Języka Polskiego, a co.

2 komentarze:

  1. ja mam kupiona w Niemczech folijke i jestem z niej zadowolona :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taką pod szyję folijkę na tasiemce? Czy jeszcze inny wynalazek?

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...