niedziela, 8 września 2013

Miłość po nowozelandzku

O wózku będzie, moi drodzy, nie o łóżkowych ekscesach. Wybaczcie. Ale za to o jakim wózku!

Przed wyjazdem nad morze głowiliśmy się długo, jaki sprzęt transportowy zabrać ze sobą. Dwa wózki? Wózek i nosidło? Mieliśmy pomysł, by kupić najtańszą spacerówkę-parasolkę i poużywać jej dwa tygodnie, a potem zostawić, bo w przyszłym roku też się przyda. Potem uznaliśmy, że równie dobrze możemy do naszego Delti Cat dokupić spacerówkę i wysłać transportem rodzinnym. To ostatnie rozwiązanie okazało się mieć pewien mankament - otóż kupując ostatnią sztukę w Polsce trzeba się jednak liczyć z tym, że spacerówki nie będzie, choćby miła pani ze sklepu internetowego zarzekała się, że "producent zrobi jeszcze na wiosnę". Cóż, może i zrobił, choć w jego biurze twierdzą, że nie. Pozostało więc nabycie tańszej lub droższej spacerówki.

Przejrzałam popularny portal aukcyjny, inne portale porównujące ceny i magazynujące opinie, pooglądałam wózki na żywo, bez skrupułów zaczepiając ich właścicieli (czy raczej kierowców, lub nawet mechanizm napędowy) i wypytując o to i tamto. Stanęło na pewnym modelu firmy Quinny.

I już, już miałam polować na niego (używanego, oczywiście), kiedy w tramwaju spotkałam matkę piątki dzieci. Matka na matkę nie wyglądała, ze swoim na oko metrem pięćdziesiąt parę i rozmiarem 32, a na pewno nie piątki, z czego czwórka płci męskiej (piąte jakiej, nie wiem, bo zostało w domu). Grunt, że owa matka, bardzo miła zresztą, posiadała wózek podwójny. Taki typu "rok po roku". Przepytałam ją szczegółowo, a że wysiadła po kwadransie, wiedziałam już, że to jednak nie będzie Quinny. Wózek jest bowiem nowozelandzki. A konkretnie - Phil&Teds. O, taki.

Opatrznościowo, czyli jak zwykle, kiedy kasy nie ma, a ja czegoś bardzo, bardzo chcę, znalazł się wózek używany i w związku z tym odpowiednio wyceniony.Poczta Polska dostarczyła go na nadmorskie poste restante i już mogliśmy testować wózek na żwirze, piachu, chodnikach i leśnych dróżkach.

I jest super.
Wózek (12 kg) z Witulem na górze (ok. 11 kg) i Joasią na dole (ok. 13 kg) oraz pewną ilością bagażu (ok. 2-3 kg) jestem w stanie prowadzić jedną ręką. Trzy pompowane koła dają radę, nawet pod górę nie trzeba się bardzo wysilać. Dolny przedział kończy się koszykiem na zakupy, w którym w zasadzie pasażer trzyma nogi, ale sakwy przyczepiane z boków (lub gdzie się nam podoba) podciągają wózek z kategorii "osobowe" do "osobowo-bagażowe". Zwrotny. Szybki - trudno z nim iść wolnym krokiem.

Witul jest zachwycony, bo siedzi sobie wygodnie (siedzisko kubełkowe), wszystko widzi, może się podnosić i trzymać pałąka (tak działają pięciopunktowe pasy wykorzystywane w trzech punktach). Joasia jest zachwycona, bo ma swój przedział, w którym może się na przykład schować przed marketowym odkurzaczem, wozić babcię i dziadka Duplo, Królika i koparkę, a nawet spać, jeśli zajdzie taka potrzeba. Matka jest zachwycona, bo zakupy w większych sklepach oddalonych o kwadrans szybszego spaceru stały się proste jak nigdy, a Joaśka najwyraźniej zapomniała o tym, że istnieje pouch i można w nim podróżować. Kręgosłup matki z zachwytu zaniemówił. Ojciec dzieciom też zadowolony.

Jest jeszcze coś. Kiedy kupowałam wózek, poprzednia właścicielka zaznaczyła w opisie, że bonusową cechą wózka jest to, iż nikt nie przechodzi obok niego obojętnie. Ludzie się zachwycają - i to bardzo prosty sposób rozpoczęcia rozmowy. A kto jak kto, ale młoda matka na domowym etacie rozmowy jest bardzo spragniona, choćby i przelotnej podczas spaceru.

I nie myślcie, że na tym temat wózka się skończy. Jeszcze się będę zachwycać, lojalnie uprzedzam!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...