poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Reisefieber

Pod koniec mojego bezdzietnego życia byłam w stanie z jedną torebką na ramię (fakt, dużą, ale jedną) pojechać gdzieś na tydzień. Wychodziłam z domu, jechałam jak chciałam, pociągiem, autobusem, stopem. Jeśli tylko miałam ze sobą telefon z ładowarką, pieniądze i tusz do rzęs, nie musiałam martwić się o nic.
A teraz?
Za sześć dni wyjeżdżamy nad morze.
Od dwóch tygodni robię listę potrzebnych rzeczy.
Lista długa jak brazylijski tasiemiec lub stuletnia anakonda, więc tworzę różne warianty. Kiedy mam lepszy humor, zawierają więcej rzeczy, kiedy mam gorszy, taki na wyrzucanie i pranie - zastanawiam się, czy nie zabrać ubranek, pieluch, aparatów i dzieci. A resztę mieć gdzieś. To znaczy - w domu.

Bilety na pociąg - nauczona zeszłorocznym doświadczeniem* - kupiłam niemal trzydzieści dni przed podróżą, bo wcześniej się nie da. I na razie to jedyny sukces, może poza dwutygodniowym urlopem ojca dzieciom. Frustracja rośnie, zwłaszcza, gdy jestem głodna, zmęczona, a Joaśka próbuje mnie krzykiem przekonać, że lody je się na śniadanie.

Przy życiu we względnie dobrym humorze trzyma mnie wizja pięknego Bałtyku, który za sześć dni wreszcie mnie przywita. Znalazłam też notatkę z zeszłorocznego wyjazdu nad morze. Trochę się zmieniło.

A poza tym ostatnio rządzą warianty.
Jeden wózek. Dwa wózki. Stary wózek. Nowy wózek - kupić i zabrać. Kupić i wysłać. Kupić i wysłać do odbioru nad morzem. Podwójny wózek. W ogóle bez wózków. Wózek i pouch. Dostawka do wózka, żeby Joasia mogła jeździć. Łóżeczko turystyczne. Dwa łóżeczka turystyczne. Żadnych turystycznych, jedno zwykłe ze szczebelkami i materac. Dwa materace. Hamaki. Gondola od wózka. Pociąg pojemność ma ograniczoną, my - po dwie ręce i jednym dziecku na głowę. To znaczy dziecko nie na głowę, tylko na ręce. Na głowę chyba murzyńskim zwyczajem bagaże. Aż się boję spakować to wszystko w torby i plecaki, ocenić rozmiar katastrofy i ceny wysyłki kurierem i zredukować zawartość. Bo tu nie ma co redukować, tu trzeba uciekać**. A foteliki? W końcu nad morzem wszędzie samochodem. Kupić na miejscu? O zabieraniu pociągiem mowy nie ma. Półciężarówką nikt nad morze się nie wybiera. Jest jeszcze jedna opcja, ale nic pewnego. Więc wszystko w zawieszeniu.

Burza mózgów - czy raczej burza mózgu - pojawia się co jakiś czas, wpadam wtedy na nowe, bardzo, bardzo kreatywne rozwiązania. I bardzo brawurowe. A nie chodzi o to, żeby się nad tym morzem umęczyć do końca z powodu braków w sprzęcie okołodziecięcym. Więc tak siedzę, tworzę listy, ograniczam i redukuję, liczę, przeglądam różne serwisy aukcyjne i rozważam warianty.

Dzieci się na szczęście pakowaniem nie przejmują. Asia pewnie dopiero w dniu wyjazdu będzie protestować przeciwko redukowaniu (wózeczka zabierać nie zemiarzamy). Witul na szczęście jeszcze nie mówi. Pełza za to zdumiewająco sprawnie, co każe mi się poważnie zastanawiać nad tym, co właściwie jest potrzebne na plaży dla ośmiomiesięcznego, żądnego nowych doświadczeń stworzonka. I z jaką ilością piachu w brzuchu wrócimy do domu. I tak będzie pięknie.


* W jedną stronę kupiłam dwa ostatnie bilety, a z powrotem wróciliśmy samochodem z rodzicami i nadbagażem, brrr, bo trzy tygodnie przed podróżą biletów już nie było, oj, nie było.

** Cytat, oczywiście. Z dowcipu tym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...